Połączyć nowe ze starym
wpis
Wymagało także zastanowienia się nad sposobem połączenia istniejącej już części Tychów z nową inwestycją.
Hanna Adamczewska-Wejchert i Kazimierz Wejchert wygrywając konkurs, mieli bardzo ciekawe doświadczenie badawcze. Tuż po wojnie wykonali badania przestrzenne w sześćdziesięciu ośmiu niewielkich miastach ówczesnych województw szczecińskiego i olsztyńskiego. Analizowali powiązania urbanistyczne placów, ulic i najważniejszych budynków, mierzyli wielkość przestrzeni publicznych i wysokość kamienic, analizując ich wzajemne proporcje. Dzięki tym badaniom mieli doskonałe wyczucie skali i proporcji budynków, szerokości ulic i wielkości placów. Doświadczenia te zawarli w wydanej wspólnie książce pod tytułem Małe miasta, a wcześniej wykorzystali przy projektowaniu Tychów.
Stara część Tychów od nowej różniła się bardzo. Obie miały odrębne charaktery przestrzenne, inny rodzaj zabudowy, a także inne społeczność. Połączenie było więc potrzebne, tym bardziej, że nowa budowa nie toczyła się „na surowym korzeniu”, ale była efektem wywłaszczeń i wyburzeń. Pomysłem na zszycie obu części stał się Rynek. Wcześniej w tym miejscu znajdował się staw, a później plac targowy. Nowy Rynek zyskał zabudowę, która wyznaczała jego pierzeje. Stał się prawie czymś na kształt rynku, który znamy z miast historycznych. Prawie, ponieważ nie ma pierzei od strony Potoku Tyskiego, tylko otwiera się w stronę Teatru Małego. Było to nowoczesne podejście urbanistyczne, które zrywało z projektowaniem przestrzeni publicznych na kształt tych historycznych. Tutaj trzecia pierzeje miała być oddalona.
Wykreowanie nowej przestrzeni za pomocą dwóch pierzei budynków podkreśliło symboliczne i społeczne znaczenie trzeciego budynku, czyli kościoła pod wezwaniem św. Marii Magdaleny. Nowe budynki stały się czymś na kształt ramy dla kościoła, wydobywając jego znaczenie na pierwszy plan. Jest to tym bardziej widoczne, kiedy przyglądając się Rynkowi, dostrzeżemy, że nie ma on formy kwadratu ani prostokąta, ale nadano mu kształt lekko zwężającego się w kierunku kościoła rombu.
Taka ingerencja w starą tkankę urbanistyczną nie spotkała się z przychylnością mieszkańców. Była postrzegana jako zbyt duża. Argumentami przeciwko nowej zabudowie była niestabilność gruntu w miejscu dawnego stawu, który, aby dało się zorganizować targowisko, został zasypany śmieciami. Sprzeciw wywołały także plany wycinki zieleni. Protesty mieszkańców sprawiły, że na miejscu odbyły się liczne wizje, komisje specjalistów i narady, a do Tychów przyjechał sam główny architekt województwa.
Architekci – Felicja Matyśkiewicz z Miastoprojektu Nowe Tychy, z którą współpracował Janusz Tofil – zaproponowali dostosowane do skali otaczającej zabudowy niewysokie, dwupiętrowe budynki nakryte spadzistymi dachami. Na parterze umieszczono lokale handlowe. Dostawy towaru zostały zaplanowane od tyłu. Z tej strony też znajdują się wejścia do klatek schodowych.
Połączenie istniejącej części Tychów z nową, poprzez wykreowanie Rynku, było zabiegiem, który wówczas nie przypadł do gustu mieszkańcom. Ocenę tego pomysłu pozostawiam więc współczesnym i polecam spacer na Rynek, aby móc spokojnie przyjrzeć się jego przestrzeni, wyeksponowaniu bryły kościoła i odpocząć na ławce przy fontannie z wydrami.
Anna Syska
Dyrektorka Muzeum Miejskiego w Tychach
Foto: Rynek w Tychach, lata 60. XX w., fot. Zygmunt Kubski, ze zbiorów Muzeum Miejskiego w Tychach
Na starcie wyścigu o Oscara
wpis
Wcześniej film zostanie pokazany na festiwalu w Cleveland, kwalifikującym do nagrody Oscara. O tym, co udział w takim wydarzeniu oznacza dla młodych twórców, Wiktoria opowiada w poniższej rozmowie.
Jesteśmy krótko po oscarowych emocjach, od tego więc zacznijmy. Film Rzeczy znalezione znalazł się w oficjalnej selekcji 50th Cleveland International Film Festival – wydarzenia kwalifikującego do nagrody Oscara. To jeden z zaledwie dwóch polskich filmów krótkometrażowych wybranych spośród ponad czterech tysięcy zgłoszeń. Brzmi to bardzo ekscytująco, ale proszę przybliżyć czytelnikom, jak wygląda proces takich selekcji. Czy rzeczywiście jest z nich blisko do nominacji?
W przypadku filmów krótkometrażowych jedna z możliwych ścieżek wygląda następująco: film musi zostać zakwalifikowany na jeden z festiwali uprawniających do udziału w wyścigu oscarowym, a następnie wygrać w kategorii, która daje taką kwalifikację. Dzięki temu trafia na tzw. longlistę, obejmującą wszystkie filmy nagrodzone w ciągu roku na tego typu festiwalach. Z niej wybierana jest shortlista, czyli piętnaście tytułów, a następnie pięć nominowanych do nagrody. Jest to droga długa i dość skomplikowana.
Mogę jednak powiedzieć, że naszym celem nigdy nie była kwalifikacja do Oscara. Mimo to obecność na dwóch takich festiwalach jest dla nas ogromnym wyróżnieniem – zwłaszcza że festiwal w Cleveland to duże wydarzenie, które co roku przyciąga dziesiątki tysięcy widzów. Razem z operatorem filmu, Jurim Walcherem, pojawimy się tam osobiście i w połowie kwietnia dowiemy się, czy nasz film zdobył nagrodę w tej kategorii. Nie robimy sobie jednak wielkich nadziei, sama możliwość pokazania filmu w takich warunkach jest dla mnie ogromnym szczęściem.
O czym opowiada film Rzeczy znalezione?
Na poziomie fabularnym opowiadamy historię nastoletniej włamywaczki, która dostaje się do domu starszego mężczyzny, nie spodziewając się, że zastanie go na miejscu. Ku jej zaskoczeniu trafia na niego w chwili, gdy próbuje odebrać sobie życie.
Na poziomie tematycznym chcieliśmy jednak opowiedzieć o tym, że nadzieję można odnaleźć w najmniej oczekiwanych momentach i miejscach. Zależało nam, aby film pozostawiał widza z poczuciem światła i pozytywnymi emocjami.
Innym filmem, z którym odnosi Pani sukcesy, jest Poczekajmy jeszcze chwilę – powstał m.in. dzięki Tyskiemu Bankowi Kultury. Czy Rzeczy znalezione mają również jakieś tyskie konotacje?
W tym przypadku jedynym powiązaniem jest moje pochodzenie. Co prawda jestem reżyserką i współscenarzystką filmu, ale sama inicjatywa jego powstania wyszła od Kornelii Kamieniarz, którą poznałam jeszcze podczas studiów licencjackich w Łodzi. Kornelia kończyła studia magisterskie w Londynie i w ramach dyplomu realizowała film, za którego produkcję była odpowiedzialna. Przy Rzeczach znalezionych połączyła siły z Przemkiem Pilarczykiem i wspólnie skompletowali ekipę, składającą się głównie z naszych znajomych z Łódzkiej Szkoły Filmowej, choć nie tylko. Dzięki ich zaangażowaniu do projektu dołączyło również wiele osób spoza Łodzi, za co jestem im ogromnie wdzięczna. Byłam pod dużym wrażeniem ich pracy – plan zdjęciowy został zorganizowany przez nich w pełni samodzielnie, bez wsparcia szkoły filmowej, dzięki czemu nasz film ma całkowicie niezależny charakter.
Pani filmy były już zauważane na wielu prestiżowych festiwalach. Czy któreś z tych wyróżnień było dla Pani szczególnie ważne?
Jeśli mam być szczera, traktuję to wszystko jako początek mojej drogi reżyserskiej. Zdobyliśmy kilka nagród, co jest dla mnie sygnałem, że nasze filmy są doceniane, ale nie traktuję tego jako wyznacznika. Przy filmie Poczekajmy jeszcze chwilę nagrodę za scenografię zdobyła Natalia Rejszel, z którą przyjaźnię się od kilku lat i z którą miałam okazję wielokrotnie współpracować. Paradoksalnie to właśnie ta nagroda sprawiła mi największą radość – była to jej pierwsza indywidualna nagroda, a wiem, jak ogrom pracy wkłada w każdy projekt.
Dotychczas realizowała Pani filmy krótkometrażowe, ale w naszej ostatniej rozmowie wspominała Pani o projekcie pełnometrażowym. Jak rozwija się ten projekt?
Droga do debiutu pełnometrażowego jest zazwyczaj bardzo trudna i czasochłonna. Na szczęście wszystko rozwija się w dobrym kierunku – cały czas pracuję nad scenariuszem i mam nadzieję, że pod koniec roku będę mogła powiedzieć coś więcej na ten temat.
Dotychczasowe sukcesy pokazują, że Pani filmy silnie rezonują z widzami i w angażujący sposób opowiadają o emocjach. Czy ma Pani jako twórczyni jakieś autorskie metody, by to osiągnąć?
Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jako reżyserka nie jestem w pełni obiektywna wobec własnej pracy. Na tym etapie nie mówiłabym jeszcze o konkretnych „technikach” – wydaje mi się, że na to jeszcze za wcześnie. Staram się przede wszystkim słuchać swojej intuicji i wrażliwości, pisać o rzeczach, które mnie fascynują lub niepokoją – takich, które wywołują we mnie silne emocje. Efekt końcowy jest wypadkową mojego doświadczenia i pracy całej ekipy, choć wiele decyzji podejmuję instynktownie (z większym lub mniejszym sukcesem). Po zakończeniu każdego projektu widzę zarówno błędy, jak i elementy, które się sprawdziły. Mam świadomość, że przede mną ogrom nauki i mam nadzieję, że moje kolejne filmy będą naturalnym efektem tego procesu.
rozmawiała Sylwia Witman
Foto: Lech Leny Lewandowski
Ciało wojny i inne twory
wpis
Bartosz Hadryś to artysta urodzony i mieszkający w Tychach . Laureat nagród i wyróżnień w wielu konkursach z dziedziny malarstwa i rysunku. Posługuje się techniką olejną, stawiając na abstrakcję. Dwanaście jego prac można oglądać w siedzibie Związku Polskich Artystów Plastyków w Katowicach przy Dworcowej 13. W prezentowanych na wystawie obrazach uwagę zwraca przede wszystkim kolor – na wszystkich dominuje brąz. To, obok ultramaryny, ulubiony kolor artysty. Od prawie dwudziestu lat maluje głównie tymi dwiema barwami, bo – jak mówi – boi się koloru. Dlatego wybiera zwykle jeden, ale bawi się jego odcieniami. Jego obrazy są bardzo nieoczywiste, trzeba się mocno przyjrzeć i pobudzić wyobraźnię, by zrozumieć, co przedstawiają. I o tę wyobraźnię właśnie tu chodzi. „Nie ma co patrzeć na tytuły – mówi Bartosz Hadryś – bo czasem sam nie wiem, co maluję. Niech każdy interpretuje te obrazy, jak chce”. I zapewne każdy zobaczy w abstrakcjach Hadrysia co innego i na inne elementy zwróci uwagę. A warto to zrobić, bo szczegóły mają tu duże znaczenie –drobiazgowo oddane faktury, precyzyjne pociągnięcia pędzlem i podkreślone niuanse w obrazach chyba najmocniej oddają ich klimat.
Surrealistyczne i abstrakcyjne twory i formy, zanim trafią na płótno, tworzone są ołówkiem na papierze. I jest to zaplanowany proces: „Nie znam czegoś takiego jak wena czy natchnienie. Po prostu, jak chcę czy potrzebuję coś namalować, to siadam i to robię” – podkreśla malarz.
Bartosz Hadryś takich szkiców ma, jak sam przyznaje, mnóstwo. Niektóre trafią do kosza, inne staną się inspiracją do kolejnego dzieła. Dwanaście najnowszych obrazów namalowanych na podstawie szkiców można zobaczyć w Katowicach. Wśród nich jest Ciało wojny – dzieło nawiązujące do aktualnych wydarzeń.
Wystawa malarstwa Bartosza Hadrysia będzie czynna do 13 kwietnia.
Justyna Stolfik-Binda
Foto: W. Chrzanowski
Jesień nadeszła w marcu || Recenzja
wpis
Goście festiwalu kształtowali moje wzorce artystyczne i między innymi dzięki nim na dobre wsiąknąłem w świat gitary klasycznej.
Z przeświadczeniem, że nie jestem w swoich odczuciach odosobniony, oraz z nadzieją, że nowa publiczność będzie mogła zachwycić się gitarą, sięgnąłem po płytę XIX Śląskiej Jesieni Gitarowej Tychy 2024 – wizytówkę tyskiego biennale. Porównując albumy z ostatnich edycji z tymi sprzed kilkunastu i kilkudziesięciu lat, można dostrzec kierunek rozwoju festiwalu: niegdyś zdominowanego przez solowe recitale gitarowe, dziś w większym stopniu wzbogaconego o wpływy muzyki latynoskiej, hiszpańskiej, jazzowej, dawnej i współczesnej.
Znakomite otwarcie stanowi Santuário Yamandu Costy – genialnego gitarzysty wykonującego rodzimą muzykę brazylijską, który gościł w Tychach także w 2022 roku. Jego koncerty charakteryzuje wirtuozeria, energia i nieskrępowana radość muzykowania. Tym razem wystąpił również w duecie ze swoim rodakiem Alessandrem Penezzim, z którym zagrał kompozycje Capitão do Mato i Chico Balanceado, pochodzące z ich wspólnej płyty Quebranto.
Na krążku tyskiego festiwalu znalazły się także nagrania solistek i solisty: fantastycznej Anabel Montesinos (stylowo wykonane Preludium z V Sonaty lutniowej G-dur Sylviusa Leopolda Weissa, szlachetne, romantyczne La Catedral Agustína Barriosa oraz pełna pasji Milonga de Don Taco Cacho Tirao), Cassie Martin – triumfatorki towarzyszącego festiwalowi międzynarodowego konkursu gitarowego z 2022 roku (wrażliwie wykonana Sonata nr 23 Domenica Scarlattiego oraz Junto al Generalife Joaquína Rodriga) – oraz Marka Piperna (ekspresyjnie zagrane Allegro ritmico z dwudziestowiecznej Sonaty nr 1 Dušana Bogdanovicia).
Powrót do romantycznej stylistyki stanowi wybór z cyklu Po zarośniętej ścieżce Leoša Janáčka w interpretacji Guitar4mation (w składzie: Campbell Diamond, Michał Nagy, Petr Saidl, Martin Schwarz) – kwartetu gitarowego, który regularnie gości na tyskim festiwalu. Przestrzenne brzmienie i znakomita współpraca muzyków znalazły odzwierciedlenie także w jazzującym Syrah Thomasa Fellowa.
Tradycją festiwalu jest działanie na rzecz powstawania muzyki najnowszej, a zwłaszcza koncertów na gitarę i orkiestrę. W 2024 roku zaowocowało to zniuansowanym Koncertem epizodycznym na gitarę, perkusję i smyczki Aleksandra Nowaka. Znakomite prawykonanie Łukasza Kuropaczewskiego z towarzyszeniem AUKSO Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy pod batutą Marka Mosia zostało w całości utrwalone na opisywanej płycie.
Utworów przeznaczonych na podobny skład wykonawczy jest więcej, m.in. reinterpretacja słynnego Concierto de Aranjuez w postaci De Madrugada op. 56 (nominowany do nagrody Grammy Mateusz Kowalski i Radomska Orkiestra Kameralna pod dyr. Szymona Morusa), Suite concertante na gitarę i orkiestrę smyczkową Piotra Mossa (Marcin Kozioł, Orkiestra Kameralna Archetti pod dyr. Macieja Tomasiewicza) oraz Farewell na klarnet, gitarę i orkiestrę smyczkową Szymona Gołąbka w wykonaniu dyrektora artystycznego wydarzenia (Marek Nosal – gitara, Roman Widaszek – klarnet, Orkiestra Kameralna Archetti pod dyr. Macieja Tomasiewicza).
Nieodłącznym elementem festiwalu jest Międzynarodowy Konkurs Gitarowy im. Jana Edmunda Jurkowskiego – żałuję, że wydawcy nie zdecydowali się umieścić na płycie nagrań jego laureatów. Niemniej album stanowi przede wszystkim barwną, świetnie zagraną kolekcję muzyki gitarowej, która może skusić każdego melomana. Dla słuchaczy, którzy uczestniczyli w festiwalu, będzie piękną pamiątką, a dla tych, którzy dotychczas nie mieli takiej możliwości – zaproszeniem do udziału w październikowym święcie gitary.
Radosław Wieczorek
Członek zespołu redakcyjnego kwartalnika
dla gitarzystów klasycznych „Sześć Strun Świata”
Płytę XIX Śląskiej Jesieni Gitarowej można kupić w Miejskim Centrum Kultury w Tychach.
W pożyczonym garniturze
wpis
Od samego początku, czyli od pierwszej edycji Śląskiej Jesieni Gitarowej, zorganizowanej jeszcze w poprzednim ustroju, w roku 1986, integralną częścią jesiennego spotkania z gitarą w Tychach jest konkurs dla młodych instrumentalistów, którego patronem jest od początku lat 90. twórca ŚJG Jan Edmund Jurkowski. Cztery dekady i dwadzieścia edycji festiwalu to zatem tyleż edycji konkursu; zaznaczmy od razu – konkursu, jakich w świecie niewiele.
Lwia część tego typu imprez opiera się bowiem na jedno- lub kilkuetapowej rywalizacji gitarzystów, którzy solo prezentują swoje umiejętności przed konkursowym jury. W Tychach od początku było inaczej – wieńczący zmagania etap finałowy polegał na wykonaniu przez uczestnika koncertu gitarowego z orkiestrą, co dla wielu finalistów okazywało się pierwszym w życiu tego typu wyzwaniem. Granie z orkiestrą wymaga nieco innej dyscypliny, pokazuje, w jakim stopniu solista jest w stanie współpracować z dyrygentem i dużym zespołem muzyków, a przy tym idealnie uwypukla wrażliwość adeptów wielkiego gitarowego grania.
To główny powód, który z Konkursu Gitarowego im. J.E. Jurkowskiego uczynił rywalizację niezwykle prestiżową. W Tychach nie każdy mógł wziąć udział w zmaganiach. Tu trzeba było mierzyć się z wymagającym programem, a na końcu jeszcze zagrać z orkiestrą, a to już wyzwanie nie dla każdego. Tu, żeby wygrać, nie wystarczy być dobrym. W Tychach trzeba być znakomitym! I nie wszyscy byli w stanie temu podołać. Zdarzył się dobrych kilkanaście lat temu przypadek, że finalista zrezygnował z udziału w ostatnim etapie, bo nie czuł się na tyle mocny, by dać radę zagrać z orkiestrą, czego wcześniej nigdy nie miał możliwości spróbować.
Atmosfera Śląskiej Jesieni Gitarowej, niemal rodzinna, powodowała też, że rywalizacja konkursowa przebiegała w świetnym klimacie. Tu nie ma zawiści, konkursowicze nawzajem sobie pomagają, wspierają się. Pamiętam, jak któregoś roku jeden z finalistów zagrał na lepszej, pożyczonej od konkurenta gitarze czy strunach, bo wsparcie – zwłaszcza kiedyś, gdy uczestnikom z tzw. bloku wschodniego było znacznie trudniej o dobry sprzęt – było czymś normalnym, oczywistym.
Do dziś wśród organizatorów ŚJG krąży opowieść, jak to – bodaj w 1990 roku – jeden z finalistów przez wszystkie etapy konkursu przeszedł w… brązowym, wytartym swetrze. Gdy przyszło do grania z orkiestrą i trzeba było założyć bardziej wyjściową odzież, okazało się, że reprezentant ówczesnego ZSRR takiej nie posiada. Wtedy do akcji wkroczyła festiwalowa recepcja i dostarczyła pasujący garnitur, pożyczony od któregoś z członków rodziny. Nie trzeba dodawać, że ów „sweterkowy” finalista wygrał cały konkurs!
Konkurs im. J.E. Jurkowskiego szczyci się jednak nie tylko prestiżem, poziomem i atmosferą. Powodem do dumy są także jego laureaci, z których ogromna większość zrobiła i wciąż robi wielkie muzyczne kariery. Wspominają Tychy jako miejsce, gdzie uczynili pierwszy poważny muzyczny krok; jako miejsce, gdzie otwarła się przed nimi brama do wielkiego muzycznego świata.
Na szczególne wspomnienie zasługuje dwójka z nich. Marcin Dylla, który wygrał tyski konkurs w 1996 roku, jest dziś artystą koncertującym w największych salach świata, a przy tym długoletnim szefem międzynarodowego jury konkursu im. J.E. Jurkowskiego. Z kolei laureatka pierwszego konkursu z 1986 roku, Brytyjka Nicola Hall, jest dziś uznaną gitarzystką, często wspominającą swój pierwszy wielki sukces w Tychach. A miała wtedy dopiero skończone 17 lat…
Wojciech Wieczorek
Foto: VI Festiwal Śląska Jesień Gitarowa, 12.10.1996 r., fot. Ireneusz Kaźmierczak
Czuję muzycznego bakcyla
wpis
Jedna z nich – poświęcona naszemu miastu – zostanie wykonana podczas głównych obchodów siedemdziesięciopięciolecia Tychów.
W najbliższym czasie planuje Pan premierę piosenki swojego autorstwa, która będzie opowiadała o Tychach. Czy napisał ją Pan specjalnie na jubileusz miasta?
Szczerze mówiąc, nie taka była kolejność. Najpierw chciałem zrobić piosenkę o moich tyskich bluesowych korzeniach, a dopiero później skojarzyłem to z jubileuszem. Wymieniam w tej piosence najróżniejsze istotne dla mnie tyskie miejsca, punkty, instytucje, dlatego w pewnym momencie pomyślałem, że jest to bardzo dobry materiał na tę rocznicę. A ponieważ mam być konferansjerem podczas Święta Miasta, które będzie głównym punktem obchodów jubileuszu, to być może tam piosenka zostanie wykonana publicznie.
Święto Miasta odbędzie się czerwcu, ale piosenki będziemy mogli posłuchać wcześniej?
Tak, utwór ukaże się na moim kanale YouTube już wkrótce, najpóźniej na początku maja. Kompozycja jest już gotowa, trwają nagrania w studio. Przede mną jeszcze materiał filmowy, nad którym praca trwa już równolegle.
Pana działalność jako muzyka rozwija się stosunkowo od niedawna. Przez ponad trzydzieści lat „przemawiał” Pan do publiczności bez słów, a teraz Pan komponuje i wykonuje własne utwory. Jak to się stało, że mim zmienił się w muzyka?
Nie do końca się zmienił. Ja absolutnie nie rezygnuję z pantomimy. Niedawno zrobiłem nowy program, który jest skierowany – pierwszy raz w mojej karierze – do dzieci. Pod koniec roku mieliśmy premierę w Warszawie, recenzje były dobre, więc ruszamy w trasę. A w międzyczasie mogę twórczo zajmować się muzyką. Działalność muzyczną rozwijam równolegle.
A jak do tego doszło? No cóż, to wszystko zaczęło się od pandemii covida. Wcześniej zajmowałem się muzyką amatorsko. Skończyłem kiedyś ognisko muzyczne i przez całe życie grałem na fortepianie dla przyjemności. Gdy przyszła pandemia i nagle skasowało mi cały kalendarz występów (jak wszystkim artystom scenicznym), miałem bardzo dużo wolnego czasu. I wtedy zacząłem w domu robić to, co zawsze lubiłem robić. Siadałem do klawiatury i grałem. Po tylu latach na scenie mam bardzo wielu znajomych pianistów i któregoś dnia poskarżyłem się jednemu z nich, że po dłuższym graniu bolą mnie palce. „Źle grasz – odpowiedział. – Przyjeżdżaj do mnie na lekcje”. No więc zacząłem brać lekcje. Innym razem, gdy pytałem o porady kolejnego pianistę (poznałem go jako akompaniatora Zbigniewa Zamachowskiego), zaproponował mi, żebym zapisał się na studia. Sam jest dziekanem na uczelni. Na początku wydawał mi się to szalony pomysł, bo przecież mam życie zawodowe, dzieci, wnuki. Ale po konsultacji z żoną stwierdziłem, że spróbuję. Wygrzebałem świadectwo maturalne, zaliczyłem egzaminy wstępne i zostałem studentem. Mnóstwo było z tym zabawy, bo moi koledzy z roku byli przecież młodsi od moich dzieci. Na początku myśleli, że jestem wykładowcą, potem, że to jakiś żart z ukrytą kamerą. Ale ostatecznie ukończyłem studia dzienne i otrzymałem dyplom pianisty jazzowego.
To bardzo piękna historia. Myślę, że wiele osób w wieku pięćdziesiąt plus myśli sobie, że już jest po wszystkim i że te niezrealizowane pasje już na zawsze pozostaną niezrealizowane. A Pan pokazuje, że nie musi tak być. Że można, będąc już doświadczonym, rozpocząć coś zupełnie nowego.
Tak, mnóstwo ludzi mnie o to pyta. Ten temat często się pojawia, gdy rozmawiam z widzami po koncertach. Dla mnie to też była wielka niewiadoma, nie wiedziałem, jak mi to wszystko pójdzie. Czy dam radę rozpędzić ręce na tyle, żeby grać jak zawodowy pianista? A poza samym graniem musiałem przecież zdawać wszystkie egzaminy: informatykę, pierwszą pomoc i tak dalej. Trzeba było wkuwać historię muzyki, historię jazzu, przedmioty teoretyczne. To było mnóstwo pracy. Miałem taki moment, pod koniec pierwszego roku, że chciałem zrezygnować. Covid się kończył, wróciły występy, coraz trudniej było z czasem. Jednak mój dziekan przekonał mnie, żebym podszedł do sesji. Przetrwałem najtrudniejszy moment i potem już jakoś poszło.
I jako dyplomowany muzyk założył Pan zespół: Ireneusz Krosny Trio.
Gdy już otrzymałem dyplom, pomyślałem, że coś z tym trzeba dalej zrobić. Włożyłem w to przecież tyle pracy, czasu i wysiłku. Założyłem trio, przygotowałem program Humor i muzyka. W zeszłym roku wykonaliśmy go nad Jeziorem Paprocańskim z udziałem Piotra Barona na saksofonie, który w ogóle coraz częściej z nami gra. Jednak traktuję ten program jako rozbiegówkę muzyczną, zdobycie niezbędnego doświadczenia. Chcę się trochę otrzaskać na scenie, pograć jak najwięcej na żywo. Natomiast od trzech lat pobieram lekcje wokalu, piszę piosenki i pracuję nad dużym koncertem. To już nie będzie trio, raczej ośmiu, dziesięciu muzyków. Będą też elementy multimedialne. Mam nadzieję, że premiera odbędzie się jesienią, a najpóźniej wiosną przyszłego roku. I dopiero to będzie mój rzeczywisty debiut wokalny. Bardzo jestem ciekaw, jak to zostanie przyjęte. Poczułem muzycznego bakcyla i w tej chwili niesamowicie mnie to pociąga.
Czuje się Pan jak debiutujący artysta?
Tak, mogę nawet przytoczyć zabawną anegdotkę. Na jednym z koncertów zobaczyłem na widowni mojego syna z dziewczyną. Po koncercie pytam go: „czemu nie powiedziałeś, że się wybieracie, przecież załatwiłbym wam zaproszenia”. A on mi na to: „nie, nie, młodych artystów trzeba wspierać”.
Jednak w tej drugiej – a raczej pierwszej – dziedzinie jest Pan już artystą z ogromnym dorobkiem. Od lat jednoosobowo rozbawia publiczność. Co sądzi Pan o ogromnej popularności stand-upów, z którą mamy do czynienia w ostatnim czasie?
Tu mógłbym opowiedzieć dłuższą historię. Zostałem kiedyś poproszony przez Edytę Górniak o zrobienie ruchu do piosenki To nie ja byłam Ewą. Zrobiłem więc scenkę i zagraliśmy to razem w Polsacie, na gali z okazji dwudziestolecia kariery scenicznej Edyty. Polsatowi tak się to spodobało, że dostałem zamówienie na dziesięć kolejnych scenek do nowego programu, który miał być polską premierą stand-upu. Nagrałem scenki do dwóch pierwszych odcinków, ale samego programu nie oglądałem. Byłem zajęty, więc tylko przyjeżdżałem, robiłem swoje i jechałem dalej. Po pewnym czasie zapytałem znajomych, czy oglądali i jak im się podobało. I usłyszałem, że musieli wyłączyć program przed moim występem, bo oglądali telewizję z dziećmi. Dopiero wtedy obejrzałem cały ten program. I niestety okazało się, że bezpośrednio przed moim występem była jakaś pani, której cały występ, czyli właśnie tzw. stand-up, tonął w przekleństwach, a poruszał głównie tematy typu seks i alkohol. Wiem, że w ten sposób łatwo jest wywołać śmiech, tylko czy to jeszcze jest kultura? Zadaniem kultury jest czynić człowieka lepszym, a mam wrażenie, że stand-up idzie raczej w drugą stronę. Oswaja ludzi z przekleństwem, poniżaniem, chamstwem. Mnie osobiście się to nie podoba. Kiedyś żartowaliśmy, że do kina czy teatru idziemy, żeby się odchamić, a jeśli chodzi o stand-up, to mam wrażenie, że idziemy się dochamić. I nie chodzi tu o jakiś snobizm. Ja na przykład nie mam nic przeciwko takiemu zjawisku jak disco polo. Można to krytykować, piosenki nie są może wyszukane muzycznie ani tekstowo, ale często przekazują treść o prawdziwym zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia. To nie ściąga ludzi w dół. Natomiast jeżeli zaczynają się przekleństwa i bardzo niskie tematy, no to już schodzimy na poziom spod budki z piwem. I tam się lokuje większość stand-uperów, może poza dwoma albo trzema, którzy celują w wyższy kabaretowy poziom. W pewnym sensie takimi stand-uper’ami byli tacy soliści, jak Jerzy Kryszak, Marcin Daniec, Andrzej Poniedzielski, i wielu innych. Nie trzeba kląć, żeby rozbawiać.
A propos disco polo – nawiązał Pan współpracę ze Sławomirem.
Tak, nagraliśmy razem piosenkę i myślę, że ona się ukaże jeszcze przed wakacjami. Nazwałem ją Piosenka weselna. A napisałem ją, ponieważ zawsze dziwiło mnie, że na weselach jest grana (skądinąd piękna) piosenka zespołu Dwa plus jeden, gdzie oprócz słów już mi niosą suknię z welonem, padają również słowa: Ja go nie kocham, taka jest prawda. Dlatego już dawno myślałem nad tym, że powinna powstać bardziej pozytywna piosenka weselna. No i taką napisałem. A gdy myślałem nad tym, z kim bym chętnie ją wykonał, to przyszedł mi do głowy właśnie Sławomir. Znamy się ze sceny, współpracowaliśmy wcześniej. Kiedyś poprosił mnie o nagranie pantomimicznego teledysku. Jemu się ten pomysł spodobał, piosenka jest już nagrana i gotowa. Wkrótce premiera.
rozmawiała Sylwia Witman
Foto: archiwum Ireneusza Krosnego
Hamlet kontra Makbet
wpis
Twórca, który przez lata pracował zarówno na scenach teatralnych, jak i w środowisku akademickim, sięga tym razem po jednego z najczęściej interpretowanych autorów w historii teatru – Williama Szekspira.
Reżyser zestawia ze sobą dwóch najbardziej rozpoznawalnych bohaterów dramatu Stratfordczyka, a zarazem dwa szekspirowskie światy – Hamleta i Makbeta. Dramaty powstałe w różnych momentach twórczości Szekspira prowadzą jednak do podobnego pytania: co dzieje się z człowiekiem, kiedy wchodzi w orbitę władzy.
W pierwszej części spektaklu punktem odniesienia ma być historia młodego Hamleta wrzuconego w świat politycznych intryg, zależności i manipulacji. W drugiej – opowieść o człowieku doświadczonym, Makbecie, który znajduje się już w samym centrum władzy i wierzy, że potrafi zapanować nad biegiem wydarzeń. To zestawienie ma stać się osią przedstawienia. Z jednej strony bunt, niepewność i próba rozmontowania systemu, którego reguły dopiero się poznaje. Z drugiej – ambicja i przekonanie, że nad wydarzeniami można mieć kontrolę. Obie historie mają prowadzić do podobnego pytania o naturę władzy i o to, co ujawnia ona w człowieku.
W spektaklu zobaczymy ośmioro aktorów, którzy pojawią się w obu jego częściach. Te same twarze powrócą w różnych rolach, budując wrażenie pewnej ciągłości, jakby historie władzy powtarzały się wciąż na nowo, zmieniając jedynie bohaterów i okoliczności. Do pracy nad spektaklem reżyser zaprosił aktorów, których dobrze zna i którym ufa – artystów spotkanych na różnych etapach swojej pracy teatralnej i pedagogicznej. W ten sposób powstał swoisty dream team, jak określa to sam Raźniak.
Jak zauważa jednak reżyser, proces pracy nad spektaklem nie należy do typowych. Aktorzy mieszkają w różnych miastach, dlatego próby odbywają się w kilku miejscach – w Warszawie, Krakowie i Tychach. Dopiero w ostatniej fazie cały zespół spotyka się w Teatrze Małym, gdzie wszystkie elementy przedstawienia zaczynają nabierać ostatecznego kształtu.
Zanim rozpoczęły się próby w Tychach, twórca postanowił lepiej przyjrzeć się samemu miastu. Spędził tu urlop, prowadził warsztaty i poznawał jego architekturę oraz mieszkańców. To doświadczenie – jak zapowiada – znajdzie swoje odbicie w estetyce spektaklu. W scenografii pojawią się surowe, betonowe konstrukcje, przywołujące ślady kolejnych epok, bądź inwestycje, które przejmuje kolejna władza.
Jednym z najbardziej sugestywnych obrazów zapowiadających premierę jest plakat przedstawiający manekina do testów zderzeniowych z koroną na głowie. Symbol nie jest przypadkowy. Człowiek spotykający się z władzą przypomina w nim figurę poddawaną kolejnym próbom – zderzeniom z mechanizmem, którego prędzej czy później doświadcza każdy, kto wchodzi w system władzy.
Dlaczego dziś wracać do Szekspira? Reżyser mówi o tym wprost: „w momentach historycznego niepokoju, znaków zapytania i trudnych do zrozumienia procesów warto sięgać do dawnych mistrzów. Nagle okazuje się, że opowieści sprzed kilkuset lat potrafią zaskakująco trafnie opisywać rzeczywistość, w której żyjemy”.
I właśnie dlatego do tych historii wciąż warto sięgać. Nie po to, by opowiadać o dawnych królach, lecz by spróbować lepiej zrozumieć świat, w którym żyjemy.
Marcin Stachoń
Więcej informacji o spektaklu można znaleźć tutaj.
Foto: Milena Liebe
Kwietniowe Ramy Kultury w zasięgu ręki!
wpis
W roku jubileuszu siedemdziesięciopięciolecia nadania Tychom praw miejskich mamy też jubileuszową edycję Śląskiej Jesieni Gitarowej i już w kwietniowym numerze ten temat pojawia się na naszych łamach. Na razie wszystko przed nami, ale z uwagą będziemy śledzić każdy kolejny etap przygotowań.
Z jubileuszem miasta związany jest też główny temat tego numeru. Ireneusz Krosny, doskonale znany wszystkim mim i dający się dopiero poznać muzyk, będzie w tym roku pełnił honory konferansjera podczas Święta Miasta, gdzie obchody siedemdziesięciopięciolecia będą miały swój punkt kulminacyjny. Więcej – na stronach 4 i 5.
Jubileusze to zawsze okazja do podjęcia różnorodnych refleksji. Procesy, które doprowadziły do zaistnienia miasta Tychy takiego, w jakim żyjemy dziś, nie były oczywiście łatwe. Szczególnie okres budowy Nowych Tychów (zapoczątkowany w latach 50. ubiegłego wieku) był trudnym czasem dla tych mieszkańców, którzy żyli tutaj od dawna. Krajobraz miasta i jego tkanka społeczna zmieniały się w sposób rewolucyjny. To połączenie nowego ze starym często odbywało się na drodze wywłaszczeń i wyburzeń. Interesujący tekst na ten temat przygotowała Anna Syska, dyrektor Muzeum Miejskiego w Tychach – odsyłam zainteresowanych do strony 15.
Kolejne podsumowanie kilku ostatnich dekad życia kulturalnego w mieście przygotował też Wojciech Wieczorek, który tym razem przedstawia syntetyczną historię festiwalu Śląska Jesień Gitarowa.
W tym numerze wracamy też na chwilę do emocji, jakich niewątpliwie przysporzyła ostatnia edycja Tyskiego Festiwalu Monodramu MoTyF. Widownia wypełniona po brzegi, gorące owacje, przejmujące i mistrzowsko zagrane spektakle… Żal, że już po wszystkim, ale zanim doczekamy się następnej edycji, Teatr Mały zaprasza na premierę najnowszej produkcji Hamlet kontra Makbet w reżyserii Waldemara Raźniaka. Nudno nie będzie.
Sylwia Witman
W najnowszym numerze znajdziemy:
– wywiad z Ireneuszem Krosnym;
– rozmowę z Wiktorią Kwoką, tyszanką, której krótkometrażowy film został doceniony na festiwalu w Cleveland;
– kilka słów na temat najnowszej wystawy malarstwa tyskiego artysty Bartosza Hadrysia;
– recenzję płyty XIX Śląskiej Jesieni Gitarowej;
– historię Międzynarodowego Konkursu im. J.E. Jurkowskiego, który odbywa się zawsze w ramach festiwalu Śląskiej Jesieni Gitarowej
– oraz wiele innych artykułów, a także bogate kalendarium wydarzeń, które odbędą się w kwietniu w Tychach.
Zapraszamy do lektury miesięcznika!
Wydawca: Miejskie Centrum Kultury w Tychach, ul. Bohaterów Warszawy 26, 43-100 Tychy, tel. 32 438 20 61, e-mail: redakcja@mck.tychy.pl
Redaktor naczelna: Sylwia Witman, e-mail: ramykultury@kultura.tychy.pl
Zespół: Daria Gawrońska, Agnieszka Lakner, Małgorzata Król, Anna Mrówczyńska, Justyna Stolfik-Binda, Wojciech Wieczorek
Korekta: Agnieszka Tabor
Layout: Aleksandra Krupa i Bartek Witański Blank Studio, Marcin Kasperek KlarStudio
Skład i łamanie: Magdalena Dziedzic KlarStudio
Druk: Drukarnia AAPrint, Mikołów Nakład: 3000 egz.
Foto na okładce: archiwum Ireneusza Krosnego
Foto: M. Borucka
Miesięcznik znaleźć można we wszystkich instytucjach kultury, młodzieżowych domach kultury, klubach osiedlowych, urzędach, Gemini Park Tychy oraz wybranych restauracjach. Szczegółowa lista punktów dystrybucji znajduje się TUTAJ.
Poniżej prezentujemy również dotychczasowe wydania „Ram Kultury” w wersji online:
Ramy Kultury nr 52
Ramy Kultury nr 51
Ramy Kultury nr 50
Ramy Kultury nr 49
Ramy Kultury nr 48
Ramy Kultury nr 47
Ramy Kultury nr 46
Ramy Kultury nr 45
Ramy Kultury nr 44
Ramy Kultury nr 43
Ramy Kultury nr 42
Ramy Kultury nr 41
Ramy Kultury nr 40
Ramy Kultury nr 39
Ramy Kultury nr 38
Ramy Kultury nr 37
Ramy Kultury nr 36
Ramy Kultury nr 35
Ramy Kultury nr 34
Ramy Kultury nr 33
Ramy Kultury nr 32
Ramy Kultury nr 31
Ramy Kultury nr 30
Ramy Kultury nr 29
Ramy Kultury nr 28
Ramy Kultury nr 27
Ramy Kultury nr 26
Ramy Kultury nr 25
Ramy Kultury nr 24
Ramy Kultury nr 23
Ramy Kultury nr 22
Ramy Kultury nr 21
Ramy Kultury nr 20
Ramy Kultury nr 19
Ramy Kultury nr 18
Ramy Kultury nr 17
Ramy Kultury nr 16
Ramy Kultury nr 15
Ramy Kultury nr 14
Ramy Kultury nr 13
Ramy Kultury nr 12
Ramy Kultury nr 11
Ramy Kultury nr 10
Ramy Kultury nr 9
Ramy Kultury nr 8
Ramy Kultury nr 7
Ramy Kultury nr 6
Ramy Kultury nr 5
Ramy Kultury nr 4
Ramy Kultury nr 3
Ramy Kultury nr 2
Ramy Kultury nr 1
Zostań wystawcą na Święcie Miasta Tychy 2026
wpis
Dołącz do wydarzenia! Święto Miasta Tychy to wydarzenie o dużym zasięgu i wyjątkowej atmosferze. Jeśli chcesz zaprezentować swoją działalność, dotrzeć do nowych klientów i stać się częścią miejskiego święta – zgłoś się już dziś.
Kto może zostać wystawcą?
Do udziału zaproszone są:
- firmy,
- osoby fizyczne,
- organizacje i podmioty prowadzące działalność usługową lub handlową.
Warunkiem uczestnictwa jest prowadzenie sprzedaży lub świadczenie usług zgodnych z charakterem wydarzenia oraz obowiązującymi przepisami prawa (w tym fiskalizacja sprzedaży).
Uwaga: Organizator nie przewiduje udziału wystawców oferujących gastronomię, artykuły spożywcze ani alkohol.
Warunki udziału
Udział w wydarzeniu jest odpłatny. Z cennikiem wynajmu miejsca można zapoznać się czytając regulamin (do pobrania poniżej).
Jak się zgłosić?
Aby wziąć udział w wydarzeniu jako wystawca, należy:
- Wypełnić kartę zgłoszeniową,
- Przesłać ją do 31 maja 2026 r.:
- mailowo: bip@mck.tychy.pl,
- przez e-Doręczenia
- lub osobiście w siedzibie MCK w Tychach.
Wystawcy zakwalifikowani do udziału zostaną poinformowani telefonicznie do 3 czerwca 2026 r.
Ważne:
Samo przesłanie zgłoszenia nie gwarantuje udziału. Organizator zastrzega sobie prawo wyboru wystawców, a jego decyzje są ostateczne.
2026 Regulamin wystawców Święta Miasta Tychy 2026
Załącznik nr 1 do Regulaminu wystawców Święta Miasta Tychy 2026 – Karta zgłoszenia
Foto: M. Janusiński
Organizator: Miejskie Centrum Kultury w Tychach
PINOCCI – premiera singla „Czarne serce”
wpis
Utwór utrzymany jest w stylistyce synth-popu inspirowanego brzmieniami lat 80. Łączy taneczną, energetyczną warstwę muzyczną z osobistym i emocjonalnym przekazem. „Czarne serce” to historia o stracie, tęsknocie i próbie uporządkowania uczuć po rozstaniu – opowiedziana w kontrastowy, ale przystępny sposób.
Premierze singla towarzyszy teledysk, który przenosi widza w czasie. Klip został zbudowany na bazie archiwalnych fotografii Tychów – rodzinnego miasta artysty – ożywionych dzięki wykorzystaniu narzędzi AI. Produkcja powstała w ramach programu „Tyski Bank Kultury”, w którym projekt został wyłoniony do realizacji.
Informacje o singlu:
Tytuł: „Czarne serce”
Data premiery: 27.03.2026
Czas trwania: 2:51
Muzyka: Michał Wala, Pinocci, Michał Laksa
Słowa: Pinocci
Produkcja, mix & mastering: Michał Wala
Wokal wspierający: Magdalena Szerner
Dystrybucja: MUGO
O artyście:
Pinocci (Kajetan Balcer-Pinocci) to wokalista, autor piosenek i twórca teledysków. Szerszej publiczności dał się poznać w 2020 roku dzięki singlowi „Taki prosty”, który zdobył popularność na radiowych listach przebojów. W 2024 roku, wraz z zespołem Sami, znalazł się w zestawieniu „100 Artists to Watch” organizacji IMPALA. Jest członkiem Akademii Fonograficznej oraz stypendystą ZAiKS-u. Współpracował m.in. z Rahimem, Kleszczem & DiNO, AeSPe, Anitą Maroszek oraz Martą Fedyniszyn.





















