Czuję muzycznego bakcyla
Daria Gawrońska
Jedna z nich – poświęcona naszemu miastu – zostanie wykonana podczas głównych obchodów siedemdziesięciopięciolecia Tychów.
W najbliższym czasie planuje Pan premierę piosenki swojego autorstwa, która będzie opowiadała o Tychach. Czy napisał ją Pan specjalnie na jubileusz miasta?
Szczerze mówiąc, nie taka była kolejność. Najpierw chciałem zrobić piosenkę o moich tyskich bluesowych korzeniach, a dopiero później skojarzyłem to z jubileuszem. Wymieniam w tej piosence najróżniejsze istotne dla mnie tyskie miejsca, punkty, instytucje, dlatego w pewnym momencie pomyślałem, że jest to bardzo dobry materiał na tę rocznicę. A ponieważ mam być konferansjerem podczas Święta Miasta, które będzie głównym punktem obchodów jubileuszu, to być może tam piosenka zostanie wykonana publicznie.
Święto Miasta odbędzie się czerwcu, ale piosenki będziemy mogli posłuchać wcześniej?
Tak, utwór ukaże się na moim kanale YouTube już wkrótce, najpóźniej na początku maja. Kompozycja jest już gotowa, trwają nagrania w studio. Przede mną jeszcze materiał filmowy, nad którym praca trwa już równolegle.
Pana działalność jako muzyka rozwija się stosunkowo od niedawna. Przez ponad trzydzieści lat „przemawiał” Pan do publiczności bez słów, a teraz Pan komponuje i wykonuje własne utwory. Jak to się stało, że mim zmienił się w muzyka?
Nie do końca się zmienił. Ja absolutnie nie rezygnuję z pantomimy. Niedawno zrobiłem nowy program, który jest skierowany – pierwszy raz w mojej karierze – do dzieci. Pod koniec roku mieliśmy premierę w Warszawie, recenzje były dobre, więc ruszamy w trasę. A w międzyczasie mogę twórczo zajmować się muzyką. Działalność muzyczną rozwijam równolegle.
A jak do tego doszło? No cóż, to wszystko zaczęło się od pandemii covida. Wcześniej zajmowałem się muzyką amatorsko. Skończyłem kiedyś ognisko muzyczne i przez całe życie grałem na fortepianie dla przyjemności. Gdy przyszła pandemia i nagle skasowało mi cały kalendarz występów (jak wszystkim artystom scenicznym), miałem bardzo dużo wolnego czasu. I wtedy zacząłem w domu robić to, co zawsze lubiłem robić. Siadałem do klawiatury i grałem. Po tylu latach na scenie mam bardzo wielu znajomych pianistów i któregoś dnia poskarżyłem się jednemu z nich, że po dłuższym graniu bolą mnie palce. „Źle grasz – odpowiedział. – Przyjeżdżaj do mnie na lekcje”. No więc zacząłem brać lekcje. Innym razem, gdy pytałem o porady kolejnego pianistę (poznałem go jako akompaniatora Zbigniewa Zamachowskiego), zaproponował mi, żebym zapisał się na studia. Sam jest dziekanem na uczelni. Na początku wydawał mi się to szalony pomysł, bo przecież mam życie zawodowe, dzieci, wnuki. Ale po konsultacji z żoną stwierdziłem, że spróbuję. Wygrzebałem świadectwo maturalne, zaliczyłem egzaminy wstępne i zostałem studentem. Mnóstwo było z tym zabawy, bo moi koledzy z roku byli przecież młodsi od moich dzieci. Na początku myśleli, że jestem wykładowcą, potem, że to jakiś żart z ukrytą kamerą. Ale ostatecznie ukończyłem studia dzienne i otrzymałem dyplom pianisty jazzowego.
To bardzo piękna historia. Myślę, że wiele osób w wieku pięćdziesiąt plus myśli sobie, że już jest po wszystkim i że te niezrealizowane pasje już na zawsze pozostaną niezrealizowane. A Pan pokazuje, że nie musi tak być. Że można, będąc już doświadczonym, rozpocząć coś zupełnie nowego.
Tak, mnóstwo ludzi mnie o to pyta. Ten temat często się pojawia, gdy rozmawiam z widzami po koncertach. Dla mnie to też była wielka niewiadoma, nie wiedziałem, jak mi to wszystko pójdzie. Czy dam radę rozpędzić ręce na tyle, żeby grać jak zawodowy pianista? A poza samym graniem musiałem przecież zdawać wszystkie egzaminy: informatykę, pierwszą pomoc i tak dalej. Trzeba było wkuwać historię muzyki, historię jazzu, przedmioty teoretyczne. To było mnóstwo pracy. Miałem taki moment, pod koniec pierwszego roku, że chciałem zrezygnować. Covid się kończył, wróciły występy, coraz trudniej było z czasem. Jednak mój dziekan przekonał mnie, żebym podszedł do sesji. Przetrwałem najtrudniejszy moment i potem już jakoś poszło.
I jako dyplomowany muzyk założył Pan zespół: Ireneusz Krosny Trio.
Gdy już otrzymałem dyplom, pomyślałem, że coś z tym trzeba dalej zrobić. Włożyłem w to przecież tyle pracy, czasu i wysiłku. Założyłem trio, przygotowałem program Humor i muzyka. W zeszłym roku wykonaliśmy go nad Jeziorem Paprocańskim z udziałem Piotra Barona na saksofonie, który w ogóle coraz częściej z nami gra. Jednak traktuję ten program jako rozbiegówkę muzyczną, zdobycie niezbędnego doświadczenia. Chcę się trochę otrzaskać na scenie, pograć jak najwięcej na żywo. Natomiast od trzech lat pobieram lekcje wokalu, piszę piosenki i pracuję nad dużym koncertem. To już nie będzie trio, raczej ośmiu, dziesięciu muzyków. Będą też elementy multimedialne. Mam nadzieję, że premiera odbędzie się jesienią, a najpóźniej wiosną przyszłego roku. I dopiero to będzie mój rzeczywisty debiut wokalny. Bardzo jestem ciekaw, jak to zostanie przyjęte. Poczułem muzycznego bakcyla i w tej chwili niesamowicie mnie to pociąga.
Czuje się Pan jak debiutujący artysta?
Tak, mogę nawet przytoczyć zabawną anegdotkę. Na jednym z koncertów zobaczyłem na widowni mojego syna z dziewczyną. Po koncercie pytam go: „czemu nie powiedziałeś, że się wybieracie, przecież załatwiłbym wam zaproszenia”. A on mi na to: „nie, nie, młodych artystów trzeba wspierać”.
Jednak w tej drugiej – a raczej pierwszej – dziedzinie jest Pan już artystą z ogromnym dorobkiem. Od lat jednoosobowo rozbawia publiczność. Co sądzi Pan o ogromnej popularności stand-upów, z którą mamy do czynienia w ostatnim czasie?
Tu mógłbym opowiedzieć dłuższą historię. Zostałem kiedyś poproszony przez Edytę Górniak o zrobienie ruchu do piosenki To nie ja byłam Ewą. Zrobiłem więc scenkę i zagraliśmy to razem w Polsacie, na gali z okazji dwudziestolecia kariery scenicznej Edyty. Polsatowi tak się to spodobało, że dostałem zamówienie na dziesięć kolejnych scenek do nowego programu, który miał być polską premierą stand-upu. Nagrałem scenki do dwóch pierwszych odcinków, ale samego programu nie oglądałem. Byłem zajęty, więc tylko przyjeżdżałem, robiłem swoje i jechałem dalej. Po pewnym czasie zapytałem znajomych, czy oglądali i jak im się podobało. I usłyszałem, że musieli wyłączyć program przed moim występem, bo oglądali telewizję z dziećmi. Dopiero wtedy obejrzałem cały ten program. I niestety okazało się, że bezpośrednio przed moim występem była jakaś pani, której cały występ, czyli właśnie tzw. stand-up, tonął w przekleństwach, a poruszał głównie tematy typu seks i alkohol. Wiem, że w ten sposób łatwo jest wywołać śmiech, tylko czy to jeszcze jest kultura? Zadaniem kultury jest czynić człowieka lepszym, a mam wrażenie, że stand-up idzie raczej w drugą stronę. Oswaja ludzi z przekleństwem, poniżaniem, chamstwem. Mnie osobiście się to nie podoba. Kiedyś żartowaliśmy, że do kina czy teatru idziemy, żeby się odchamić, a jeśli chodzi o stand-up, to mam wrażenie, że idziemy się dochamić. I nie chodzi tu o jakiś snobizm. Ja na przykład nie mam nic przeciwko takiemu zjawisku jak disco polo. Można to krytykować, piosenki nie są może wyszukane muzycznie ani tekstowo, ale często przekazują treść o prawdziwym zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia. To nie ściąga ludzi w dół. Natomiast jeżeli zaczynają się przekleństwa i bardzo niskie tematy, no to już schodzimy na poziom spod budki z piwem. I tam się lokuje większość stand-uperów, może poza dwoma albo trzema, którzy celują w wyższy kabaretowy poziom. W pewnym sensie takimi stand-uper’ami byli tacy soliści, jak Jerzy Kryszak, Marcin Daniec, Andrzej Poniedzielski, i wielu innych. Nie trzeba kląć, żeby rozbawiać.
A propos disco polo – nawiązał Pan współpracę ze Sławomirem.
Tak, nagraliśmy razem piosenkę i myślę, że ona się ukaże jeszcze przed wakacjami. Nazwałem ją Piosenka weselna. A napisałem ją, ponieważ zawsze dziwiło mnie, że na weselach jest grana (skądinąd piękna) piosenka zespołu Dwa plus jeden, gdzie oprócz słów już mi niosą suknię z welonem, padają również słowa: Ja go nie kocham, taka jest prawda. Dlatego już dawno myślałem nad tym, że powinna powstać bardziej pozytywna piosenka weselna. No i taką napisałem. A gdy myślałem nad tym, z kim bym chętnie ją wykonał, to przyszedł mi do głowy właśnie Sławomir. Znamy się ze sceny, współpracowaliśmy wcześniej. Kiedyś poprosił mnie o nagranie pantomimicznego teledysku. Jemu się ten pomysł spodobał, piosenka jest już nagrana i gotowa. Wkrótce premiera.
rozmawiała Sylwia Witman
Foto: archiwum Ireneusza Krosnego
Hamlet kontra Makbet
Daria Gawrońska
Twórca, który przez lata pracował zarówno na scenach teatralnych, jak i w środowisku akademickim, sięga tym razem po jednego z najczęściej interpretowanych autorów w historii teatru – Williama Szekspira.
Reżyser zestawia ze sobą dwóch najbardziej rozpoznawalnych bohaterów dramatu Stratfordczyka, a zarazem dwa szekspirowskie światy – Hamleta i Makbeta. Dramaty powstałe w różnych momentach twórczości Szekspira prowadzą jednak do podobnego pytania: co dzieje się z człowiekiem, kiedy wchodzi w orbitę władzy.
W pierwszej części spektaklu punktem odniesienia ma być historia młodego Hamleta wrzuconego w świat politycznych intryg, zależności i manipulacji. W drugiej – opowieść o człowieku doświadczonym, Makbecie, który znajduje się już w samym centrum władzy i wierzy, że potrafi zapanować nad biegiem wydarzeń. To zestawienie ma stać się osią przedstawienia. Z jednej strony bunt, niepewność i próba rozmontowania systemu, którego reguły dopiero się poznaje. Z drugiej – ambicja i przekonanie, że nad wydarzeniami można mieć kontrolę. Obie historie mają prowadzić do podobnego pytania o naturę władzy i o to, co ujawnia ona w człowieku.
W spektaklu zobaczymy ośmioro aktorów, którzy pojawią się w obu jego częściach. Te same twarze powrócą w różnych rolach, budując wrażenie pewnej ciągłości, jakby historie władzy powtarzały się wciąż na nowo, zmieniając jedynie bohaterów i okoliczności. Do pracy nad spektaklem reżyser zaprosił aktorów, których dobrze zna i którym ufa – artystów spotkanych na różnych etapach swojej pracy teatralnej i pedagogicznej. W ten sposób powstał swoisty dream team, jak określa to sam Raźniak.
Jak zauważa jednak reżyser, proces pracy nad spektaklem nie należy do typowych. Aktorzy mieszkają w różnych miastach, dlatego próby odbywają się w kilku miejscach – w Warszawie, Krakowie i Tychach. Dopiero w ostatniej fazie cały zespół spotyka się w Teatrze Małym, gdzie wszystkie elementy przedstawienia zaczynają nabierać ostatecznego kształtu.
Zanim rozpoczęły się próby w Tychach, twórca postanowił lepiej przyjrzeć się samemu miastu. Spędził tu urlop, prowadził warsztaty i poznawał jego architekturę oraz mieszkańców. To doświadczenie – jak zapowiada – znajdzie swoje odbicie w estetyce spektaklu. W scenografii pojawią się surowe, betonowe konstrukcje, przywołujące ślady kolejnych epok, bądź inwestycje, które przejmuje kolejna władza.
Jednym z najbardziej sugestywnych obrazów zapowiadających premierę jest plakat przedstawiający manekina do testów zderzeniowych z koroną na głowie. Symbol nie jest przypadkowy. Człowiek spotykający się z władzą przypomina w nim figurę poddawaną kolejnym próbom – zderzeniom z mechanizmem, którego prędzej czy później doświadcza każdy, kto wchodzi w system władzy.
Dlaczego dziś wracać do Szekspira? Reżyser mówi o tym wprost: „w momentach historycznego niepokoju, znaków zapytania i trudnych do zrozumienia procesów warto sięgać do dawnych mistrzów. Nagle okazuje się, że opowieści sprzed kilkuset lat potrafią zaskakująco trafnie opisywać rzeczywistość, w której żyjemy”.
I właśnie dlatego do tych historii wciąż warto sięgać. Nie po to, by opowiadać o dawnych królach, lecz by spróbować lepiej zrozumieć świat, w którym żyjemy.
Marcin Stachoń
Więcej informacji o spektaklu można znaleźć tutaj.
Foto: Milena Liebe
Kwietniowe Ramy Kultury w zasięgu ręki!
Daria Gawrońska
W roku jubileuszu siedemdziesięciopięciolecia nadania Tychom praw miejskich mamy też jubileuszową edycję Śląskiej Jesieni Gitarowej i już w kwietniowym numerze ten temat pojawia się na naszych łamach. Na razie wszystko przed nami, ale z uwagą będziemy śledzić każdy kolejny etap przygotowań.
Z jubileuszem miasta związany jest też główny temat tego numeru. Ireneusz Krosny, doskonale znany wszystkim mim i dający się dopiero poznać muzyk, będzie w tym roku pełnił honory konferansjera podczas Święta Miasta, gdzie obchody siedemdziesięciopięciolecia będą miały swój punkt kulminacyjny. Więcej – na stronach 4 i 5.
Jubileusze to zawsze okazja do podjęcia różnorodnych refleksji. Procesy, które doprowadziły do zaistnienia miasta Tychy takiego, w jakim żyjemy dziś, nie były oczywiście łatwe. Szczególnie okres budowy Nowych Tychów (zapoczątkowany w latach 50. ubiegłego wieku) był trudnym czasem dla tych mieszkańców, którzy żyli tutaj od dawna. Krajobraz miasta i jego tkanka społeczna zmieniały się w sposób rewolucyjny. To połączenie nowego ze starym często odbywało się na drodze wywłaszczeń i wyburzeń. Interesujący tekst na ten temat przygotowała Anna Syska, dyrektor Muzeum Miejskiego w Tychach – odsyłam zainteresowanych do strony 15.
Kolejne podsumowanie kilku ostatnich dekad życia kulturalnego w mieście przygotował też Wojciech Wieczorek, który tym razem przedstawia syntetyczną historię festiwalu Śląska Jesień Gitarowa.
W tym numerze wracamy też na chwilę do emocji, jakich niewątpliwie przysporzyła ostatnia edycja Tyskiego Festiwalu Monodramu MoTyF. Widownia wypełniona po brzegi, gorące owacje, przejmujące i mistrzowsko zagrane spektakle… Żal, że już po wszystkim, ale zanim doczekamy się następnej edycji, Teatr Mały zaprasza na premierę najnowszej produkcji Hamlet kontra Makbet w reżyserii Waldemara Raźniaka. Nudno nie będzie.
Sylwia Witman
W najnowszym numerze znajdziemy:
– wywiad z Ireneuszem Krosnym;
– rozmowę z Wiktorią Kwoką, tyszanką, której krótkometrażowy film został doceniony na festiwalu w Cleveland;
– kilka słów na temat najnowszej wystawy malarstwa tyskiego artysty Bartosza Hadrysia;
– recenzję płyty XIX Śląskiej Jesieni Gitarowej;
– historię Międzynarodowego Konkursu im. J.E. Jurkowskiego, który odbywa się zawsze w ramach festiwalu Śląskiej Jesieni Gitarowej
– oraz wiele innych artykułów, a także bogate kalendarium wydarzeń, które odbędą się w kwietniu w Tychach.
Zapraszamy do lektury miesięcznika!
Wydawca: Miejskie Centrum Kultury w Tychach, ul. Bohaterów Warszawy 26, 43-100 Tychy, tel. 32 438 20 61, e-mail: redakcja@mck.tychy.pl
Redaktor naczelna: Sylwia Witman, e-mail: ramykultury@kultura.tychy.pl
Zespół: Daria Gawrońska, Agnieszka Lakner, Małgorzata Król, Anna Mrówczyńska, Justyna Stolfik-Binda, Wojciech Wieczorek
Korekta: Agnieszka Tabor
Layout: Aleksandra Krupa i Bartek Witański Blank Studio, Marcin Kasperek KlarStudio
Skład i łamanie: Magdalena Dziedzic KlarStudio
Druk: Drukarnia AAPrint, Mikołów Nakład: 3000 egz.
Foto na okładce: archiwum Ireneusza Krosnego
Foto: M. Borucka
Miesięcznik znaleźć można we wszystkich instytucjach kultury, młodzieżowych domach kultury, klubach osiedlowych, urzędach, Gemini Park Tychy oraz wybranych restauracjach. Szczegółowa lista punktów dystrybucji znajduje się TUTAJ.
Poniżej prezentujemy również dotychczasowe wydania „Ram Kultury” w wersji online:
Ramy Kultury nr 52
Ramy Kultury nr 51
Ramy Kultury nr 50
Ramy Kultury nr 49
Ramy Kultury nr 48
Ramy Kultury nr 47
Ramy Kultury nr 46
Ramy Kultury nr 45
Ramy Kultury nr 44
Ramy Kultury nr 43
Ramy Kultury nr 42
Ramy Kultury nr 41
Ramy Kultury nr 40
Ramy Kultury nr 39
Ramy Kultury nr 38
Ramy Kultury nr 37
Ramy Kultury nr 36
Ramy Kultury nr 35
Ramy Kultury nr 34
Ramy Kultury nr 33
Ramy Kultury nr 32
Ramy Kultury nr 31
Ramy Kultury nr 30
Ramy Kultury nr 29
Ramy Kultury nr 28
Ramy Kultury nr 27
Ramy Kultury nr 26
Ramy Kultury nr 25
Ramy Kultury nr 24
Ramy Kultury nr 23
Ramy Kultury nr 22
Ramy Kultury nr 21
Ramy Kultury nr 20
Ramy Kultury nr 19
Ramy Kultury nr 18
Ramy Kultury nr 17
Ramy Kultury nr 16
Ramy Kultury nr 15
Ramy Kultury nr 14
Ramy Kultury nr 13
Ramy Kultury nr 12
Ramy Kultury nr 11
Ramy Kultury nr 10
Ramy Kultury nr 9
Ramy Kultury nr 8
Ramy Kultury nr 7
Ramy Kultury nr 6
Ramy Kultury nr 5
Ramy Kultury nr 4
Ramy Kultury nr 3
Ramy Kultury nr 2
Ramy Kultury nr 1
Zostań wystawcą na Święcie Miasta Tychy 2026
Daria Gawrońska
Dołącz do wydarzenia! Święto Miasta Tychy to wydarzenie o dużym zasięgu i wyjątkowej atmosferze. Jeśli chcesz zaprezentować swoją działalność, dotrzeć do nowych klientów i stać się częścią miejskiego święta – zgłoś się już dziś.
Kto może zostać wystawcą?
Do udziału zaproszone są:
- firmy,
- osoby fizyczne,
- organizacje i podmioty prowadzące działalność usługową lub handlową.
Warunkiem uczestnictwa jest prowadzenie sprzedaży lub świadczenie usług zgodnych z charakterem wydarzenia oraz obowiązującymi przepisami prawa (w tym fiskalizacja sprzedaży).
Uwaga: Organizator nie przewiduje udziału wystawców oferujących gastronomię, artykuły spożywcze ani alkohol.
Warunki udziału
Udział w wydarzeniu jest odpłatny. Z cennikiem wynajmu miejsca można zapoznać się czytając regulamin (do pobrania poniżej).
Jak się zgłosić?
Aby wziąć udział w wydarzeniu jako wystawca, należy:
- Wypełnić kartę zgłoszeniową,
- Przesłać ją do 31 maja 2026 r.:
- mailowo: bip@mck.tychy.pl,
- przez e-Doręczenia
- lub osobiście w siedzibie MCK w Tychach.
Wystawcy zakwalifikowani do udziału zostaną poinformowani telefonicznie do 3 czerwca 2026 r.
Ważne:
Samo przesłanie zgłoszenia nie gwarantuje udziału. Organizator zastrzega sobie prawo wyboru wystawców, a jego decyzje są ostateczne.
2026 Regulamin wystawców Święta Miasta Tychy 2026
Załącznik nr 1 do Regulaminu wystawców Święta Miasta Tychy 2026 – Karta zgłoszenia
Foto: M. Janusiński
Organizator: Miejskie Centrum Kultury w Tychach
PINOCCI – premiera singla „Czarne serce”
Daria Gawrońska
Utwór utrzymany jest w stylistyce synth-popu inspirowanego brzmieniami lat 80. Łączy taneczną, energetyczną warstwę muzyczną z osobistym i emocjonalnym przekazem. „Czarne serce” to historia o stracie, tęsknocie i próbie uporządkowania uczuć po rozstaniu – opowiedziana w kontrastowy, ale przystępny sposób.
Premierze singla towarzyszy teledysk, który przenosi widza w czasie. Klip został zbudowany na bazie archiwalnych fotografii Tychów – rodzinnego miasta artysty – ożywionych dzięki wykorzystaniu narzędzi AI. Produkcja powstała w ramach programu „Tyski Bank Kultury”, w którym projekt został wyłoniony do realizacji.
Informacje o singlu:
Tytuł: „Czarne serce”
Data premiery: 27.03.2026
Czas trwania: 2:51
Muzyka: Michał Wala, Pinocci, Michał Laksa
Słowa: Pinocci
Produkcja, mix & mastering: Michał Wala
Wokal wspierający: Magdalena Szerner
Dystrybucja: MUGO
O artyście:
Pinocci (Kajetan Balcer-Pinocci) to wokalista, autor piosenek i twórca teledysków. Szerszej publiczności dał się poznać w 2020 roku dzięki singlowi „Taki prosty”, który zdobył popularność na radiowych listach przebojów. W 2024 roku, wraz z zespołem Sami, znalazł się w zestawieniu „100 Artists to Watch” organizacji IMPALA. Jest członkiem Akademii Fonograficznej oraz stypendystą ZAiKS-u. Współpracował m.in. z Rahimem, Kleszczem & DiNO, AeSPe, Anitą Maroszek oraz Martą Fedyniszyn.
Projekt zrealizowany przy wsparciu Tyskiego Banku Kultury 2026, programu realizowanego przez Miejskie Centrum Kultury w Tychach.
Tychy stolicą monodramu
Daria Gawrońska
Niezwykle ciekawy był także nurt konkursowy, w którym zaprezentowano monodramy (w większości) młodych twórców.
MoTyF od lat rozwija się konsekwentnie – od kameralnego przeglądu do jednego z ważniejszych festiwali monodramu w Polsce. W nurcie mistrzowskim mogliśmy obejrzeć cztery spektakle, cztery różne opowieści i kobiece perspektywy (co wpisuje się w założenia trwającego sezonu artystycznego, poświęconego kobiecości). Na każdym ze spektakli mistrzowskich widownia była szczelnie wypełniona. Co istotne, podobnie było podczas pokazów młodych twórców.
Nurt konkursowy to dziesięć monodramów i szeroki zakres tematów: ciało, pamięć, relacje rodzinne, tożsamość czy presja społeczna. W jury XVIII edycji zasiedli Agnieszka Przepiórska, Agnieszka Kulińska, Katarzyna Flader-Rzeszowska oraz Paweł Drzewiecki. Tradycją festiwalu jest to, że jury nie ma łatwego zadania. Tak też było podczas tej edycji.
Wyróżnienia otrzymały Martyna Mielcarek za Bliżej, spektakl o granicy między marzeniem o bliskości a utratą kontroli, oraz Jagoda Jura za Patoopowieść, historię o dorastaniu w cieniu uzależnienia.
Trzecią nagrodę, ex aequo, przyznano Wojciechowi Wójcikowi za HE/HIS/HIM, spektakl o męskości jako serii kostiumów, które można założyć, ale trudno w nich zostać, oraz Mateuszowi Nguyen za Ucieczkę z Chinatown, spektakl o próbie wyjścia z przypisanej roli.
Drugą nagrodę otrzymała Lidia Wiśniewska za córka Ta matka, opowieść o splątaniu tożsamości córki i matki.
Pierwszą nagrodę przyznano Mai Kalbarczyk za Harriet, historię artystki, która przeprowadza eksperyment czy pod męskim nazwiskiem jej prace staną się widzialne.
Nagrodę Specjalną im. Wojciecha Pszoniaka otrzymał Wojciech Kowalski za monodram Kukla, ironiczną opowieść o tym, co w nas niewygodne i wypierane.
Grand Prix – Wielki Wóz Tespisa – trafiło do Zuzanny Radek i Ewy Platt za CLEAN GIRL, bezkompromisową opowieść o ciele, wstydzie i potrzebie bycia widzianą. Aktorka otrzymała także nagrodę uczestników – Mały Wóz Tespisa.
XVIII edycja festiwalu MoTyF pokazała, jak różne mogą być historie opowiadane przez jednego aktora i jak bardzo wciąż chcemy ich słuchać.
Marcin Stachoń
Foto: Grzegorz Krzysztofik
Monodramy wbijały w krzesła
Daria Gawrońska
Przyszedł z pomysłem zorganizowania w naszym mieście przeglądu teatrów jednego aktora. Miał już nawet wymyśloną nazwę: MoTyF, czyli Monodram Tychy Festival!
Dyrektor MCK (zostawmy, kto nim wówczas był), stwierdził krótko: „robimy!” i zaczął szukać w budżecie pieniędzy na nową imprezę; Fręś tymczasem szukał w okolicy monodramistów, którzy chcieliby w Tychach wystąpić. Zebrało się ich całkiem pokaźne grono i można było zaczynać…
Te pierwsze MoTyFy – co wspominają osoby związane z ich organizacją – miały poziom dość zróżnicowany. Zdarzały się w konkursie spektakle wybitne, które wbijały w fotel, a ściślej – w krzesło, bo prezentacje odbywały się w sali kameralnej MCK, gdzie były tylko średnio wygodne drewniane krzesła. Ale były też propozycje słabe, nawet takie na poziomie szkolnych akademii, które okrutnie męczyły i widzów, i jurorów. Najlepsi otrzymywali nagrody pieniężne i pamiątkowe lalki teatralne, tworzone przez jedną z tyskich artystek.
Nagrodą dla wszystkich i wielką nauką dla uczestników festiwalu były spektakle mistrzowskie – na początku pojedyncze, prezentowane już w Teatrze Małym; w późniejszym czasie coraz liczniejsze. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił Jerzy Stuhr, który na jednym z pierwszych MoTyFów pokazał Kontrabasistę, pamiętam Wojciecha Pszoniaka, który zachwycał w spektaklu Belfer…
Bo takie było założenie festiwalu, będącego spotkaniem debiutantów i mistrzów: pokazywanie tego, co się umie, podpatrywanie innych i nauka od najlepszych w tej niezwykle wymagającej formie teatralnej.
Po dwóch czy trzech edycjach Tyskiego Festiwalu Monodramu artystyczne dowództwo nad imprezą objął Piotr J. Adamczyk, zastępując inicjatora MoTyFu Jana A. Fręsia, który na emeryturze postanowił osiedlić się na Dolnym Śląsku. Wtedy też, by spektakle przypadkowe i niedobre wyeliminować z przeglądu, na który zgłaszała się nawet ponad dwudziestka młodszych i starszych monodramistów, postawiono na wstępną selekcję przedstawień i do MCK zapraszano już tylko najlepszych. Przyjeżdżali z całej Polski, bo MoTyF stawał się coraz bardziej znanym i docenianym festiwalem.
Ranga imprezy wzrosła jeszcze bardziej po objęciu funkcji szefa MCK przez Pawła Drzewieckiego i wzbogaceniu programu imprezy o warsztaty dla monodramistów oraz forum teatralne będące platformą wymiany opinii na temat obejrzanych spektakli. A po przejściu Drzewickiego na stanowisko dyrektora Teatru Małego i pozyskaniu dla MoTyFu wielkiej teatralnej sceny – festiwal stał się bez wątpienia bardzo jasno świecącym punktem na mapie teatralnych wydarzeń w regionie. To do Tychów przyjeżdżali i przyjeżdżają wybitni aktorzy w roli jurorów konkursu; to tutaj prezentowali się najwybitniejsi w kraju przedstawiciele teatru jednego aktora; to zdobycie Wielkiego Wozu Tespisa – głównej nagrody festiwalu – jest powodem do dumy i uchyleniem drzwi do świata wielkiego teatru.
Z pewnością nie inaczej będzie i w roku 2026, gdy tyskie spotkanie reprezentantów tej chyba najtrudniejszej ze wszystkich teatralnych sztuk odbędą się już po raz osiemnasty.
Wojciech Wieczorek
Foto: Agnieszka Seidel-Kożuch.
Każda aktorka marzy o czymś więcej
Daria Gawrońska
Rozpoznawalność przyniosły jej występy telewizyjne: program X Factor oraz role serialowe m.in. w M jak miłość. Poza aktorstwem angażuje się w projekty muzyczne. Swój talent wykorzystuje w pełni, wcielając się na scenie w postać legendarnej Kaliny Jędrusik.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś o projekcie Kalina nie chce spać i propozycji zagrania Kaliny Jędrusik, jaka była Twoja pierwsza reakcja?
Na początku byłam w szoku. Mimo że w szkole teatralnej śpiewałam piosenki Kaliny Jędrusik, nigdy nie łączyłam się z nią jakoś szczególnie – ani fizycznie, ani mentalnie. Do tego moja koleżanka ze szkoły teatralnej, Ania Mierzwano, zrobiła wcześniej monodram o niej i naprawdę bardzo ją przypomina. Miałam więc wrażenie, że to „ona jest Kaliną”. Kiedy dostałam propozycję, nawet sugerowałam w teatrze, że może warto pomyśleć o Ani. Usłyszałam jednak, że twórcy chcą zrobić ten spektakl od początku i właśnie ze mną. Zaczęłam zagłębiać się w jej postać i życie. Pomyślałam, że coś nas łączy – mnie przecież też kiedyś wyrzucono z telewizji. Doszłam do wniosku, że każda aktorka marzy o tym, żeby śpiewać te piosenki. Potraktowałam to jako wyzwanie – nie tylko aktorskie, ale też bardzo osobiste. Ten monodram dał mi ogromne spełnienie artystyczne. W telewizji byłam często postrzegana dość jednowymiarowo, a teatr daje mi przestrzeń do zmiany. Bycie samej na scenie było dla mnie niezwykle satysfakcjonujące – samo to, że dałam radę, było ogromnym przeżyciem. A po premierze okazało się, że spektakl się podobał; gratulowali mi ludzie, którzy znali Kalinę osobiście. Do dziś czasem słyszę, że kiedy ktoś zamyka oczy, ma wrażenie, jakby naprawdę słyszał Kalinę.
Czy w samym procesie tworzenia monodramu było coś dla Ciebie szczególnie trudnego?
Zawsze przed spektaklem, przed każdą premierą, mam stres, bo nie cierpię „czarnej dziury” na scenie. Najbardziej się bałam, że zapomnę tekstu i nie będzie nikogo, z kim mogłabym dalej „pokombinować”, poimprowizować… Chyba właśnie ta samotność na scenie jest najbardziej niepokojąca. Kilka miesięcy wcześniej zrobiłam spektakl w Teatr Variété – Do dwóch razy sztuka, gdzie gramy tylko we dwójkę z Michałem Staszczakiem. Przez ponad dwie godziny jesteśmy cały czas sami na scenie, mamy dużo tekstu, monologi i piosenki. Kalina trwa około godziny, więc pomyślałam sobie: skoro daliśmy radę we dwójkę przez ponad dwie godziny, to może dam radę sama przez godzinę.
Kalina Jędrusik funkcjonuje jako ikona – seksbomba, skandalistka. Jaką Kalinę chciałaś pokazać widzom: tę znaną z popkulturowych klisz czy raczej prywatną, kruchą?
W spektaklu nie opowiadamy całego życia Kaliny, tylko skupiamy się na jednym, bardzo ważnym momencie – jej doświadczeniu w Teatrze Komedia. To było dla niej spełnienie wielkiego marzenia: zagrała Holly Golightly w Śniadaniu u Tiffany’ego. Obsada i twórcy tego przedstawienia byli wymarzeni: Agnieszka Osiecka pisała teksty, Krzysztof Komeda muzykę, reżyserował Andrzej Sadowski, na scenie partnerował jej Władysław Kowalski. Wszystko wydawało się idealne, a jednak coś poszło nie tak i spektakl bardzo szybko został zdjęty z afisza. Dla niej, jako artystki, to musiało być strasznie bolesne doświadczenie. My skupiamy się właśnie na tym przeżywaniu: jak to jest, kiedy bardzo czegoś pragniemy, kiedy spełnia się marzenie, a potem przychodzi konfrontacja z reakcją publiczności albo prasy. A prasa potrafi być okrutna – często właśnie na tym buduje się zainteresowanie.
Czy ta historia jest dla Ciebie opowieścią tylko o Kalinie, czy też o kondycji aktorki – także współcześnie?
Podczas pracy nad spektaklem czułam, że każda z nas tak ma – że każda aktorka marzy o czymś więcej. I fakt, że taka ikona jak Kalina Jędrusik zmagała się z bardzo podobnymi rzeczami, dał mi ogromną odwagę. Ona też czuła się zaszufladkowana – w kółko wykonywała te same piosenki, była kojarzona głównie ze swoim seksapilem. A marzyła o wielkich rolach, o tym, żeby grać więcej i inaczej.
Kalina była postrzegana głównie przez pryzmat męskiego spojrzenia. Czy w tej roli ciało jest dla Ciebie przede wszystkim narzędziem aktorskim, czy też tematem samym w sobie, opowieścią?
Kobiety, aktorki, musiały bardzo długo walczyć o to, żeby być traktowane poważnie i móc realizować się na różnych polach aktorskich. I w zasadzie wciąż musimy o to walczyć. Na pewno ciało pełni w tej roli funkcję nośnika opowieści – o byciu wolnym, oglądanym, o pewnej energii, która przyciąga uwagę. Ale jednocześnie ruch, gesty i sposób bycia Kaliny są dodatkiem do jej osobowości, jej „bronią”. My, kobiety, wykorzystujemy to, żeby radzić sobie w świecie albo coś osiągnąć. Robimy to trochę świadomie, trochę manipulując, ale to jest wierzchnia warstwa ochrony – coś, co pozwala funkcjonować, zachować kontrolę i przetrwać w sytuacjach, w których nasze ciało bywa oceniane, a przestrzeń ograniczana.
Kalina funkcjonowała w realiach silnej kontroli i obyczajowej cenzury. Czy pracując nad tą rolą, miałaś poczucie dialogu z dzisiejszymi formami kontroli – hejtem, presją, oceną w mediach społecznościowych?
Tak, bardzo. W spektaklu używam jako rekwizytów gazet z recenzjami, które dotyczyły Kaliny wtedy. Czytam je tak, jak ona musiała czytać je w swoim czasie. Mam poczucie, że świat się wcale nie zmienia – zmieniają się tylko środki, którymi możemy przekazywać oceny. Dziś mamy Internet, wtedy były tylko gazety, ale ludzie i recenzenci robili dokładnie to samo. Czytając o Kalinie i jej wywiadach, widzimy, że ludzie postrzegali ją w bardzo wąski sposób – myśleli, że zachowuje się tak jak jej postacie. Wtedy nie było mediów społecznościowych, więc nie mogła pokazać siebie w pełni, a dla niej było to bolesne i umniejszające, z czym musiała walczyć. Dokładnie z tym samym mierzymy się teraz, tylko że dziś tych form oceny jest jeszcze więcej. Internet potrafi sprawić, że człowiek kompletnie się zamyka w sobie.
Sięgasz w spektaklu po piosenki Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, repertuar mocno obciążony pamięcią o oryginalnych wykonaniach. Jak odnaleźć własny głos w czymś, co dla wielu widzów jest nienaruszalnym kanonem?
Nie boję się tych utworów, raczej w nich poszukuję i eksploruję, i to mnie fascynuje. Już w szkole teatralnej przerabialiśmy wiele takich piosenek i każda była interpretowana na różne sposoby. Inspirujemy się ikonami, ale mam świadomość, że one też zaczynały tak jak my. Skoro one mogły to osiągnąć, to dlaczego my nie miałybyśmy? Każdy z nas wnosi coś własnego, swoją prawdę, i to może tylko wzbogacić te utwory.
Czym dla ciebie jest muzyka w spektaklu?
To dla mnie ogromna radość i naturalna forma wyrazu. Od dziecka rozwijałam się muzycznie, a dopiero pod koniec liceum zaczęłam myśleć o aktorstwie i uczęszczać do kółka teatralnego. Kocham spektakle muzyczne, muzyka to dla mnie cały świat i nie mogłabym bez niej żyć. Cieszę się, że mogę łączyć aktorstwo i muzykę w jednym. W naszym spektaklu gra też Piotr Mania, prywatnie mój szwagier, wybitny pianista. Jego aranżacje i sposób gry wnoszą niesamowitą emocję, dlatego nawet zachęcam do przyjścia na Kalinę choćby po to, żeby posłuchać jego muzyki.
Po co dziś wracać do historii Kaliny Jędrusik?
Historia Kaliny uczy przede wszystkim odwagi i wiary w siebie. Pokazuje, że nie można polegać tylko na tym, co ktoś nam zaproponuje czy napisze. Ona sama często czuła się zaszufladkowana, nie nagrała własnej płyty i nie rozwijała się tak, jak chciała. To nauczyło mnie, że aktorka musi brać sprawy w swoje ręce – sama organizować projekty, poszukiwać wyrazu, tworzyć własną przestrzeń twórczą. Obserwowanie ikon, takich jak Kalina, pozwala podziwiać ich osiągnięcia, ale też poznawać życie prywatne, smutki i trudności. Dzięki temu możemy uczyć się na ich błędach i czerpać inspirację do własnej drogi.
Festiwal MoTyF to miejsce spotkań zarówno doświadczonych twórców, jak i tych, którzy dopiero szukają swojej drogi w teatrze. Jaką radę mogłabyś zostawić młodym aktorom?
Chciałabym powiedzieć młodym aktorom: róbcie na scenie to, co czujecie, nie bójcie się wyrażać silnych emocji ani pokazywać tego, co wam doskwiera. Odważnie, szczerze – tak, aby to, co robicie, dawało wam poczucie pełni i satysfakcji. Czasem coś wydaje się trudne, wywołuje lęk, ale ostatecznie może przybrać piękną formę, jeśli tylko odważycie się z tym zmierzyć.
rozmawiała Monika Wieczorek
Wyniki konkursu „Tyskie Inicjatywy Kulturalne” 2026
Daria Gawrońska
Konkurs jest formą wspierania wykonywania zadań publicznych wraz z udzieleniem dotacji na dofinansowanie ich realizacji. Dzięki wsparciu w ramach programu Tyskie Inicjatywy Kulturalne w 2026 roku w Tychach zrealizowane zostaną liczne wydarzenia artystyczne i edukacyjne, obejmujące m.in. teatr, muzykę, fotografię, historię, taniec oraz edukację medialną, skierowane do mieszkańców w różnym wieku.
Do realizacji zakwalifikowano następujące projekty:
1. „Zjednoczeni Rytmem – Muzyka Bez Barier. Edycja Tychy” – Fundacja Progressio et Musica
2. „Tyskie Inicjatywy Kulturalne – Christoforos dla Tychów” – Fundacja Christoforos
3. Realizacja interdyscyplinarnego spektaklu teatralnego pt. „Dopamina” – Alternatywne Studio Aktorskie
4. „V Tyski zin fotograficzny” – Tyskie Towarzystwo Fotograficzne
5. „Śląskie spotkania historyczne” – Stowarzyszenie Jesteśmy Śląskiem
6. „XII Tyski Festiwal Teatrów Niezależnych Andromedon” – Stowarzyszenie Śląskie Zakłady Sztuki
7. „Dotknąć Kultury” – Polski Związek Niewidomych Okręg Śląski Koło w Tychach
8. „V Czerwcowe Spotkania Chóralne – Messa di Gloria Giacomo Pucciniego” – koncert Chóru Cantate Deo z zaproszonym chórem, solistami i orkiestrą dla mieszkańców Tychów – Stowarzyszenie Śpiewacze Chór Cantate Deo
9. „VI Międzypokoleniowy Konkurs Tańca Amatorskiego w Tychach” – Fundacja Internationaler Bund Polska
10. „Wielka klasyka w tyskich kościołach w 2026 r.” – Tyski Chór Mieszany Presto Cantabile
11. „KinoSzkoła w Tychach 2026” – „KinoSzkoła”. Fundacja Rozwoju Kompetencji Medialnych i Społecznych
Więcej informacji o rozstrzygnięciu konkursu można znaleźć na stronie razemtychy.pl.
Święto Miasta zbliża się wielkimi krokami!
Daria Gawrońska
Już w dniach 26–28 czerwca 2026 roku Tychy ponownie staną się muzycznym i kulturalnym sercem regionu.
Organizatorzy odsłonili już pierwsze karty i ogłosili część artystów, którzy pojawią się na scenie. Usłyszymy Kult, Roxie i Oskara Cymsa. Wiadomo jednak, że to dopiero początek – przed nami jeszcze 8 artystów i zespołów, których nazwiska będą sukcesywnie ujawniane w najbliższym czasie. Już teraz zapowiedzi wskazują, że program muzyczny będzie różnorodny i skierowany do publiczności w każdym wieku, łącząc uznane nazwiska z gwiazdami młodego pokolenia.
Święto Miasta Tychy to nie tylko koncerty. Przez trzy dni Park Miejski Solidarności zamieni się w przestrzeń pełną atrakcji towarzyszących, wydarzeń rodzinnych, stref rekreacyjnych i animacji, które sprawią, że każdy znajdzie coś dla siebie – od najmłodszych uczestników po dorosłych miłośników kultury i dobrej zabawy.
Czerwcowy weekend zapowiada się jako jedno z najważniejszych wydarzeń plenerowych 2026 roku w regionie. Warto śledzić kolejne komunikaty i przygotować się na trzy dni muzyki, emocji i wspólnego świętowania w Tychach. Więcej szczegółów – w tym pełny line-up oraz program atrakcji – już wkrótce. Śledźcie nasze profile w mediach społecznościowych @MCK.
Organizator: Miejskie Centrum Kultury w Tychach
Foto: Wojciech Węglarski





















