Niespokojna dusza flamenco

ROZMOWA Z MICHAŁEM CZACHOWSKIM

Indialucia – projekt muzyczny, stworzony przez Michała Czachowskiego i skupiający muzyków z Polski, Indii, Hiszpanii i Włoch – działa i budzi uznanie na całym świecie już od ponad dwudziestu lat. Grupa Indialucia wystąpi w Mediatece podczas koncertu inauguracyjnego XX edycji Śląskiej Jesieni Gitarowej. Michał Czachowski zagrał też w Studiu Radia Katowice koncert zwiastujący festiwal (wraz z perkusistą Krzysztofem Nowakowskim). Ze Śląską Jesienią Gitarową muzyk związany jest od lat.

Rozmawiamy po koncercie-zwiastunie XX edycji Śląskiej Jesieni Gitarowej w Polskim Radiu Katowice. Jak wyglądał Pana dzisiejszy dzień? Czy w dniu koncertu ma Pan swoje określone zwyczaje, „rytuały”? Rutynę, której trzyma się zawsze przed występem?

Dzień koncertu? Najpierw śniadanie i jakaś dobra gitara w tle –  najlepiej ktoś, kto od razu przypomni mi, po co właściwie to wszystko robię. Potem pakuję instrument, ubrania i rzecz absolutnie strategiczną: przybornik do paznokci. U gitarzysty paznokcie to właściwie część instrumentu, więc przed koncertem muszą być w idealnym stanie. Dobra długość, odpowiedni kształt i pewność, że nic nie pęknie w najmniej odpowiednim momencie. Zwykle sam prowadzę samochód, a dłonie na kierownicy inaczej układają się niż na gitarze. Dzisiaj miałem luksus jazdy pociągiem, więc ostatni „serwis techniczny” paznokci zrobiłem po drodze. Ale tak naprawdę, przed koncertem bardzo potrzebuję chwili ciszy. Rozgrzewam ręce, sprawdzam instrument, ale przede wszystkim próbuję wyłączyć cały zewnętrzny hałas. Czasem medytuję, czasem po prostu siedzę w ciszy. Chodzi o to, żeby pozbyć się myśli i poczuć muzykę, jeszcze zanim wyjdzie się na scenę. Najlepsze koncerty zaczynają się dla mnie właśnie wtedy – kilka minut przed pierwszym dźwiękiem gitary.

Czy pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie ze Śląską Jesienią Gitarową?

Tak, bo to była pierwsza edycja tego wydarzenia. Mówimy o roku 1986, miałem wówczas dwanaście lat i dopiero miesiąc wcześniej zacząłem grać na gitarze.  Byłem na koncercie finałowym, kiedy wygrała Nicola Hall, świetnie pamiętam te emocje, które mi towarzyszyły, poczucie, że biorę udział w czymś wyjątkowym. To była w ogóle moja pierwsza styczność z Tychami, w których mieszkałem potem przez większość swojego życia. Kto wie, czy zostałbym w ogóle gitarzystą, gdybym nie był obecny wtedy na festiwalu – to było dla mnie wielkie przeżycie.

Fascynację muzyką flamenco wyniósł Pan z domu rodzinnego. 

Historia flamenco w mojej rodzinie ma swój początek w Sewilli, do której na studiach wyjechał mój ojciec – mówimy o latach 70., kiedy Sewilla była ówczesną stolicą flamenco. Mój tata zakochał się w tej muzyce i kupił sześć płyt winylowych, które nieustannie grały w naszym domu. Można powiedzieć, że słuchałem flamenco jeszcze na etapie życia prenatalnego! Tak poważnie odkryłem te nagrania jako nastolatek i zapragnąłem grać flamenco. Problem polegał na tym, że nikt w latach 80. w Polsce nie był w stanie mnie tego nauczyć, więc zacząłem ze słuchu uczyć się sam – cztery lata uczyłem się grać na gitarze klasycznej. Na początku wydawało mi się, że na nagraniach słyszę ze trzy gitary – ale byłem zdziwiony, gdy okazało się, że to tylko jeden instrument… Pierwszy raz wyjechałem do Hiszpanii w 1995 roku – wtedy zobaczyłem z bliska, jak to wszystko wygląda.

Czy pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z muzyką flamenco na żywo?

Tak, mam to spotkanie niezwykle mocno zapisane w swojej emocjonalnej pamięci. To nawet jest dla mnie taki punkt odniesienia: rok 1992, październik, Msza Flamenco. Paco Peña przyjechał z wielkim zespołem flamenco: tancerzem, wokalistami, dwoma gitarzystami… do tego chór. Od tamtego czasu nigdy nie przeżyłem tak żadnego koncertu. Miałem gęsią skórkę na całym ciele, a w oczach łzy wzruszenia. To było wręcz dla mnie duchowo-emocjonalne objawienie.

Uczy Pan studentów w katowickiej Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego. Czy trudno im jest przejść z tradycyjnej gry na gitarze w Pana muzyczny świat?

To zależy, czy ktoś jest na to otwarty, czy nie, bo są gitarzyści, którzy nigdy nie mieli styczności z muzyką flamenco, nawet jej nie słyszeli i niekoniecznie może są tym zafascynowani, ale są i tacy, którzy chcą ubogacić swój repertuar hiszpańskimi technikami, które są stosowane w muzyce flamenco. We flamenco są pewne rzeczy, które pomija się w muzyce klasycznej. Flamenco pomaga również w kwestii różnorodnych rytmów.

Dziś niesamowite wrażenie zrobiła na mnie właśnie dyscyplina rytmiczna w muzyce flamenco. Na ile to kwestia pewnego geniuszu i rytm „po prostu” się czuje, a na ile problem, który można wyćwiczyć?

To wielowarstwowy problem: jeśli ktoś ma poczucie rytmu i łatwość, to nie musi jakoś specjalnie tego ćwiczyć, ale jeśli ktoś ich nie ma – nic straconego, bo tak naprawdę wszystko jest w głowie, a nie w palcach. Trzeba nauczyć się myślenia frazami rytmicznymi, które czasem w muzyce klasycznej są pomijane.

W tym roku obronił Pan swoją pracę doktorską poświęconą związkom pomiędzy muzyką flamenco a muzyką indyjską. Czy te dwa światy są zatem ze sobą bliżej, niż nam się może wydawać?

One geograficznie są daleko, ale to, co jest dyscypliną muzyczną i rytmiczną we flamenco, jest tak samo ważne w muzyce indyjskiej. Rytmy we flamenco są bardzo skomplikowane i bardzo złożone – tak samo jest w muzyce Indii. Tam natomiast mają narzędzie do tego, by rytmy jakoś sobie systematyzować w myślach – pomaga w tym konnakol, który łączy wartości rytmiczne z odpowiednimi sylabami. Dzięki tej metodzie nawet najtrudniejsze frazy stają się logiczne.

Miał Pan okazję współpracować z wieloma gitarzystami flamenco. Co wyróżnia tych absolutnie najlepszych poza doskonałym poczuciem rytmu?

Na pewno wyróżniają się oni nie tylko pod kątem muzykalności i techniki, ale również osobowości. Myślę, że m.in. taką cechą jest tworzenie czegoś zupełnie nowego, przełamywanie utartych schematów. Na przykład Paco de Lucía, który znał i lubił moją płytę Indialucia, był zawsze niezwykle skromny, ale całym sercem walczył o to, by wprowadzić do flamenco coś nowego. Dokonał rzeczy przełomowych, wyznaczył we flamenco zupełnie nowe ścieżki.

Ważne jest również dla mnie, gdy gitarzysta gra własnym stylem i brzmieniem, a niewielu jest takich, którzy się wyróżniają. Przychodzi mi od razu na myśl Josemi Carmona, który zagra na tegorocznej Śląskiej Jesieni Gitarowej. Gra pięknym stylem, u niego nie chodzi tylko o technikę, aby być najszybszym i skomplikowanym. Jego gra jest bardzo emocjonalna, nie skupia się tylko na warsztacie, to zawsze prezentacja głęboko dojrzała muzycznie.

Forma muzyczna albo styl w ramach flamenco, który jest najbliższy Pana sercu to…?

Bulería. To styl bardzo rytmiczny, niesamowicie satysfakcjonujący podczas grania. Pochodzi z Jerez de la Frontera – to tam rozwinął się najbardziej. Jest w nim dużo przestrzeni na zabawę rytmem i improwizację, to prawdziwa frajda dla gitarzysty. Gdy komponuję coś nowego, przyznam, że właśnie bulerii poświęcam najwięcej czasu. Przy okazji stanowi również test dla umiejętności artysty – to bardzo wymagający i trudny styl, o ile nie najtrudniejszy.

Usłyszymy Pana podczas inauguracji jubileuszowej edycji Śląskiej Jesieni Gitarowej. Czego melomani mogą się spodziewać? Będzie to bowiem projekt hiszpańsko-indyjski…

Dokładnie, to będzie premiera naszego koncertu z orkiestrą w Polsce. Graliśmy już naszą muzykę z orkiestrami w Rosji, Włoszech czy Czechach, ale w Polsce jeszcze nie. Z Aukso nagraliśmy drugą płytę, ale jak dotąd nie wykonaliśmy żadnego z zawartych na niej utworów na żywo. Dla mnie będzie to wielkie artystyczne spełnienie. Sam projekt Indialucia, który łączy muzykę flamenco z muzyką Indii, ma swoje podłoże genetyczno-historyczne: otóż Cyganie, którzy stworzyli flamenco pod koniec XVIII wieku, dotarli do Andaluzji, a wyruszylic z Indii. Mam nadzieję, że taka muzyczna harmonia brzmień, w dodatku połączona z orkiestrą, sprawi słuchaczom niespodziankę.

Gdy już znajdzie Pan chwilę wolnego czasu, co wtedy go wypełnia? Na Politechnice Śląskiej skończył Pan architekturę…

To prawda, ale nigdy w życiu nic z nią nie zrobiłem – zaraz po studiach wyjechałem do Indii, tam zrodził się mój pomysł na łączenie flamenco z muzyką indyjską. W Indiach nagrałem płytę, po której wydaniu okazało się, że nagle gramy koncerty na całym świecie – architektem nie zdążyłem więc pobyć, bo muzyka sama mnie znalazła. Jestem natomiast niespokojną duszą: oprócz gry na gitarze zajmuję się m.in. produkcją muzyczną. Lubię malować – to coś, co zostało mi z architektury. Akwarele i projektowanie graficzne. Mam wydawnictwo muzyczne, w którym opracowuję nie tylko całą muzykę pod kątem nagrań, miksu i masteringu, ale równie często projektuję szatę graficzną i okładki płyt. Uwielbiam kuchnię indyjską – robię warsztaty kulinarne w różnych miejscach Polski. Mam za sobą również przygodę z aktorstwem – niedawno grałem kapitana statku w jednej z produkcji filmowych, to była chyba moja piętnasta rola w tego typu przedsięwzięciu.

Przyznam, że sporo tego jak na osobę, która nie ma zbyt wiele wolnego czasu…

Pisuję jeszcze do różnych magazynów muzycznych i prowadzę autorską audycję radiową My Spanish Heart.

Zapytam jeszcze na koniec o najbliższe plany artystyczne, poza oczywiście Śląską Jesienią Gitarową.

Bardzo chciałbym wydać płytę, która od roku jest już gotowa – jestem w trakcie poszukiwania finansów. To będzie nasza trzecia płyta, najlepsza ze wszystkich dotychczas nagranych, koniecznie musi ujrzeć światło dzienne. Chciałbym również skomponować koncert flamenco z elementami indyjskimi na gitarę i orkiestrę. Istnieje kilka koncertów na świecie zarejestrowanych na gitarę flamenco i orkiestrę, byłbym natomiast pierwszy w Polsce, który podjąłby się takie wyzwania. To moje kolejne marzenie. I mam jeszcze parę: wydać książkę, może zrobić film… Nie lubię monotonii. Myślę, że całe życie będę poszukiwał w życiu czegoś nowego, co przynosi mi radość.

rozmawiała Agnieszka Nowok-Zych

Informacje o koncercie: Marcin Dylla / Kupiński Guitar Duo / Michał Czachowski & Indialucia

GALERIA


Share