Czarno-białe, z odcieniami szarości

Z Jadwigą Basińską, Dariuszem Basińskimi oraz Jackiem Borusińskim z Mumio rozmawia Marcin Stachoń.

W rzeczywistości pełnej intensywnych kolorów Mumio wybiera czerń, biel, ale także nie unika odcieni szarości. 19 września w Teatrze Małym w Tychach odbędzie się premiera MUMIO czarno-białe

Dzień wcześniej spektakl zostanie zaprezentowany podczas Gali Kultury, w trakcie której wręczone zostaną Nagrody Prezydenta Miasta Tychy w dziedzinie kultury. Później MUMIO czarno-białe wyruszy do Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Szczecina i Poznania. Jadwiga Basińska, Dariusz Basiński i Jacek Borusiński opowiadają o spotkaniu ze światem telewizji lat 60. i 70., wrażliwości, której nie chcą pozwolić umrzeć, oraz publiczności, która za każdym razem współtworzy ich teatr.

Kilkanaście lat temu po raz pierwszy zobaczyłem Was w Teatrze Korez. Przez pierwszych dziesięć minut szukałem klucza do Waszej formy. Dopiero kiedy zrozumiałem jej język, wpadłem w fotel – i od tej chwili śmiech mieszał się już tylko z zachwytem. Czy publiczność nadal musi uczyć się Waszego sposobu opowiadania?

Jacek Borusiński: Dzisiaj na widowni zawsze jest spora grupa osób, które już nas znają i wiedzą, na co przyszły. Na początku bywało inaczej – publiczność potrzebowała trochę czasu, żeby oswoić się z naszym językiem i wejść w ten świat. Nadal jednak zdarza się, że ktoś zarykuje się ze śmiechu, a siedząca obok osoba patrzy i nie rozumie dlaczego. Kiedyś na widowni siedziały trzy siostry: dwie płakały ze śmiechu, trzecia nie potrafiła tego zrozumieć. To samo wychowanie, wspólne korzenie i rodzinne opowieści, a jednak wrażliwość każdej z nich pobiegła zupełnie inną drogą.

Dariusz Basiński: I chyba właśnie to jest ciekawe. Poczucie humoru nie musi się układać według podziałów, które znamy z życia społecznego czy polityki. Pamiętam rozmowę na naszym Facebooku: w komentarzach żartowali ze sobą wojująca feministka i katolicki ksiądz. Jeśli Mumio ma jakąś misję, to może właśnie taką – łączyć ludzi, którzy w innych okolicznościach nie do końca umieliby znaleźć wspólny mianownik.

MUMIO czarno-białe powstaje w Teatrze Małym i tutaj będzie miało premierę. Czy Tychy pozostawiły w nim jakiś ślad?

Dariusz: Od lat mieszkamy z Jadzią w Tychach, dlatego cieszę się, że właśnie w Teatrze Małym znaleźliśmy miejsce, w którym czujemy się naprawdę u siebie.

Jadwiga Basińska: Tychy odbijają się w tym spektaklu wewnętrznie. Od trzeciego roku życia mieszkam w tym mieście. Kiedy myślę o latach 70., widzę siebie siedzącą w dużym pokoju na Osiedlu K i patrzącą w ekran, na którym pojawia się Kabaret Starszych Panów. To są moje wspomnienia, wyobrażenia i wszystko, co przez lata zdążyłam przez siebie przefiltrować. Jest w tym również moje marzenie o teatrze i występowaniu. Myślałam nawet, żeby w jednej z piosenek pojawiła się tyska fontanna z niedźwiadkami. Uwielbiałam je, bawiłam się z nimi, właściwie się z nimi przyjaźniłam.

W spektaklu powracacie do dzieciństwa, czarno-białej telewizji i „smaków przeszłości”. Co właściwie chcecie przywołać z tamtego świata?

Jacek: Oglądałem Wojnę domową i myślałem: jak bardzo chciałbym zagrać z Kazimierzem Rudzkim albo Ireną Kwiatkowską. Dzieli nas czas, nie mogliśmy spotkać się na jednej scenie, ale w tym spektaklu próbujemy wejść w tamtą „wodę”, symbolicznie minąć się z nimi gdzieś po drodze. To jest nasz hołd. Jeżeli jakaś postać skojarzy się widzowi z Rejsem, nie będzie to parodia ani pastisz, lecz podskórne czucie ludzi z tamtej rzeczywistości.

Dariusz: Nie interesują nas łatwe karykatury współczesnych typów. Bardziej pociągają nas ludzie trochę życiowo nieporadni, naznaczeni słabością – ofiary losu, nieszczęśnicy, dziwacy. W świecie Kabaretu Starszych Panów właściwie nie było ludzi sukcesu w dzisiejszym rozumieniu. Nawet amant pozostawał w jakiś sposób śmieszny, niedoskonały. Właśnie to jest dla nas ciekawe. Nie po to, żeby tych bohaterów wyśmiewać, ale żeby z nimi współ-czuć – czuć wspólnie.

Jadwiga: Magda Umer opowiadała nam, że Jeremi Przybora mówił o nas, iż jesteśmy jakby wyjęci z jego świata. Barbara Krafftówna, Irena Kwiatkowska czy Alina Janowska bardzo mocno ukształtowały moją wrażliwość. Czuję, że artystycznie wyrastam z tej samej tradycji.

Po tylu latach wspólnej pracy i ogromnym doświadczeniu scenicznym można już wejść na scenę na autopilocie?

Jacek: Absolutnie nie. Nie próbujemy przeskakiwać samych siebie – za każdym razem szukamy tego, co nas cieszy i interesuje, i na nowo próbujemy dokopać się do odpowiedniego stanu ducha. Oczywiście każda kolejna rzecz bywa porównywana z wcześniejszymi. Pojawia się więc niepewność, czy w nowym spektaklu znajdzie się coś, co okaże się dla widzów równie ważne i spotka się z ich uznaniem. Nie ma na to żadnej gwarancji. To nie fabryka, w której ustawia się grubość na dwa centymetry, uruchamia prasę i jedzie. Za każdym razem zaczynamy właściwie od nowa.

Jadwiga: Nie chcę wracać do dawnych postaci. Jestem starsza, inna i szukam nowych obszarów. Lata 60. i 70. otwierają przede mną przestrzeń, w której wcześniej się nie poruszałam. Pomaga mi również doświadczenie pracy z Magdą Umer. Kiedy po raz pierwszy zaprosiła nas do stworzenia Przybory na 102, odmówiliśmy, bo byliśmy młodzi i pełni lęku. Dziesięć lat później poczuliśmy, że jesteśmy gotowi. Zrozumieliśmy, że nie musimy niczego przeskakiwać ani udowadniać, że jesteśmy lepsi – mamy przepuścić materiał przez własną wrażliwość. Nie muszę zaskakiwać za wszelką cenę. Ważne, żeby to było prawdziwe.

Jacek: Aktor może mieć za sobą wiele spektakli czy filmów, ale przy każdym kolejnym znów staje przed czystą kartką. Nigdy nie wie, czy tym razem się uda. Za każdym razem zaczyna właściwie od nowa.

Jak właściwie rodzi się u Was nowy materiał – od czego zaczynacie i jak łączycie swoje pomysły?

Dariusz: Mam skłonność do odkładania rzeczy na później i bardzo lubię improwizację. Ma ona również wygodną stronę: pozwala dłużej nie zamykać tekstu i odsunąć moment, w którym trzeba się go nauczyć. Jacek i Jadzia częściej przychodzą z gotowym numerem. Ja mniej ufam własnej ocenie materiału, dlatego jestem chyba najbardziej otwarty na uwagi. Improwizacja jest jednak skokiem w przepaść. Nie ma reakcji, człowiek tonie, próbuje się ratować i nie wie, jak scenę zakończyć. To daje wielką energię, ale potrafi też niepotrzebnie przedłużyć spektakl. Przy MUMIO czarno-białym chciałbym więcej rzeczy ułożyć. Jeżeli jednak na scenie uderzy we mnie piorun pomysłu, nie zmarnuję go.

Jacek: Czasem zazdroszczę Darkowi, bo dzięki jego metodzie tysięczne przedstawienie może wyglądać jak premiera. Nie chciałbym pracować tak jak on, bo to nie moja natura, ale widzę, że jego metoda pozostaje niezwykle żywa.

Jadwiga: Nasze postacie z różnych, granych od lat spektakli też żyją. Kiedy jedna zaczyna tracić świeżość, inna nagle ma wzlot. Po samej premierze potrzebujemy kilku albo kilkunastu spotkań z widownią, żeby spektakl stał się całym właściwym „ciastem”, żeby wszystkie składniki zdążyły się przegryźć. Publiczność jest w tym procesie swego rodzaju akuszerem.

Mówicie o świecie sprzed lat po to, żeby komentować teraźniejszość?

Dariusz: Nie interesuje nas bieżący komentarz, protest czy publicystyka. To nie znaczy, że uciekamy od rzeczywistości. Można opowiedzieć historię Nikifora, która nie mówi wprost o „tu i teraz”, a będzie głębsza od aktualnego manifestu. Jesteśmy zaskoczeni ilością i często słabą jakością rozrywki. Nie niesiemy misji na sztandarach, ale marzymy, żeby wyłuskiwać ludzi o podobnej wrażliwości – także z nowego pokolenia. Rodzice przychodzą z dziećmi i mówią: „Zobaczcie, coś takiego istnieje”. Chcielibyśmy, żeby ta wrażliwość nie umarła.

„Czarno-białe” brzmi jak mocna opozycja. W słynnym „tak – tak, nie – nie” pobrzmiewa wezwanie do prostoty i jasności. Czy w tytule mieści się podobna tęsknota za prawdą w świecie pełnym relatywizmu?

Jacek: Nie wyszliśmy od takiej interpretacji. Punktem wyjścia był po prostu świat bez kolorów – czarno-biała telewizja. Jednak tytuł, podobnie jak spektakl, w pewnym momencie oddaje się widzom i wtedy zaczynają powstawać nowe znaczenia. W świecie czarno-białym mieści się przecież cała paleta szarości, bo nikt z nas nie jest wyłącznie czarny albo biały. Każdy ma w sobie miejsca ciemniejsze i jaśniejsze – tak naprawdę wszyscy składamy się z różnych odcieni szarości.

Swoje spektakle tworzycie i reżyserujecie sami. Czy kiedykolwiek myśleliście o zaproszeniu reżysera spoza zespołu – kogoś, kto spojrzałby na Mumio z innej perspektywy?

Dariusz: Podczas pracy nad reklamami poznaliśmy Iwo Zaniewskiego i od razu znaleźliśmy wspólny język. Pracowało nam się znakomicie, bo mieliśmy podobną wrażliwość, wyczucie komizmu. Nie traktowaliśmy reklamy jako artystycznego kompromisu – zachowaliśmy w niej własny język. Sztuka nie zależy przecież od szufladki: opera może być artystycznie nieudana, a reklama – dziełem. Iwo bardzo wysoko ocenił nasz spektakl, ale chyba wszyscy czuliśmy, że wejście z zewnątrz w świat Mumio byłoby niezwykle trudne. Przy innych projektach chętnie poddajemy się reżyserii, natomiast ten świat musimy za każdym razem otworzyć sami.

Jak zatem zaprosilibyście czytelników „Ram Kultury” na spektakl MUMIO czarno-białe?

Jacek: Jeżeli bliski jest wam świat lat 60. i 70., klimat Kabaretu Starszych Panów i Wojny domowej, a może po prostu chcecie poznać naszą wrażliwość – przyjdźcie.

Dariusz: W rzeczywistości pełnej intensywnych kolorów czarno-szaro-biały świat może być prawdziwą odskocznią i oddechem.

Jadwiga: A jeśli ktoś pamięta mnie jako małą dziewczynkę chodzącą po Tychach, może przyjść i zobaczyć, co z tej dziewczynki wyrosło – i jak sobie dzisiaj radzi na scenie (śmiech).

Bardzo dziękuję za rozmowę i do zobaczenia na premierze.

Więcej informacji o wydarzeniu: „MUMIO. Czarno-białe”

Fot. Agnieszka Seidel-Kozuch

GALERIA


Share