Tym właśnie żyję i gram

Piotr Steczek – kompozytor, aranżer, multiinstrumentalista, absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, wieloletni skrzypek AUKSO Orkiestry Kameralnej Miasta Tychy.

Od kilku lat jest w pełni samodzielnym muzykiem, a obecnie również twórcą kompozycji powstającej z okazji jubileuszu 75-lecia Tychów.

Piotr Steczek współpracował z najbardziej znaczącymi postaciami polskiej sceny muzycznej. Z sukcesami był angażowany do wielu ambitnych projektów, nie tylko w obszarze muzyki klasycznej. Jest autorem licznych projektów, m.in. Chopin Odyssey. Wraz z bratem Pawłem współtworzy duet STECHEK oraz zespół MEDULLA z wydaną przez Polskie Radio płytą Thrills. Od wielu lat fascynuje się muzyką z różnych stron świata i kolekcjonuje oryginalne instrumenty etniczne, na których gra. Gra także na sześciociostrunowych skrzypcach elektrycznych. Jako dyrygent i solista – skrzypek i multiinstrumentalista – z własnymi kompozycjami regularnie występuje z orkiestrami filharmonicznymi w salach koncertowych w Polsce i Europie. Występuje również z rodziną – żoną Aleksandrą i dziećmi, Hanną i Łukaszem, tworząc autorski program Muzyczna podróż dookoła świata.

Pewnie masz bliską sobie definicję muzyki, taką na własny użytek, osobistą.

Odpowiem możliwie najkrócej. Muzyka jest dla mnie czymś, bez czego nie potrafiłbym już żyć.

A czy w ogóle próbowałeś kiedyś? Miałeś okresy ciszy, tej świadomej, kiedy nic istotnego się w twoim muzycznym życiu po prostu nie działo? Kiedy od muzyki odpoczywałeś.

Jakby się tak zastanowić – to nie… Od siódmego roku życia muzyka jest stale we mnie obecna. Od wtedy zacząłem się kształcić, a jeszcze wcześniej po prostu jej słuchałem. Przesiąkałem nią organicznie, stale, od dziecka.

Musisz pochodzić więc z muzykalnego domu.

Zgadza się. Mój tata wywodził się ze wsi położonej pod Mszaną Górną – gra na harmonijce ustnej, często więc go słuchałem… W domu w ogóle było pełno muzyki, dziadek grał na skrzypcach, ciągłe śpiewy, góralska rodzina, to i góralska muzyka, tradycje. W takim klimacie dorastałem. Nikt jednak nie był tam zawodowym muzykiem, ale wystarczyło, by mnie naznaczyć. Starszy brat Paweł również był i jest ogromnym inicjatorem mojego wzrastania w tej sztuce. Jestem muzykiem całym sercem.

I od lat miastowym już chłopakiem, tyszaninem. Czy czujesz jeszcze, gdzieś pod skórą, własne pochodzenie, rodzinny dom, muzykę sprzed lat?

Czuję naturalny związek z muzyką rdzenną, tą niewykonywaną w sposób zawodowy. To ciekawe, bo ja pomimo zdobytego już później dość dobrego wykształcenia do dzisiaj podchodzę do muzyki właśnie w sposób rdzenny, trochę pierwotny. Poszukuję naturalności.

Edukacja muzyczna jest dla naturalności jakimś zagrożeniem?

Szkoła muzyczna oczywiście rozwija, ale mocno też ukierunkowuje, a system szkolnictwa wkłada człowieka w ramy i jednocześnie bardzo często zabiera mu, jakże cenną, naturalność. I stąd pewnie moje osobiste wnioski, że najprzyjemniejsze dla mnie kontakty muzyczne nawiązywałem z osobami bez skończonych szkół muzycznych, samorodnymi talentami, niezależnie od gatunku.

Czy jedną z takich osób był na twojej drodze Sebastian Riedel? Tyszanin, syn legendarnego Ryszarda. Swego czasu stworzyłeś z Sebastianem znakomicie odebrany projekt Radio Sessions, w którym udział wzięli między innymi Marek Raduli, Dariusz Kozakiewicz, czy Jerzy Styczyński. Trzon to jednak ty i Sebastian. Sebastian nie czyta nut, ale jego muzykalności nie można właściwie niczego zarzucić.

Tak, to znakomity przykład. Sebastian jest właśnie kimś takim, absolutnie ważną postacią w moim muzycznym życiu. Poczułem z nim wspólnego ducha, artystyczną łączność. Cenię jego wyczucie muzyki, świetnie się rozumiemy. Jestem przekonany, że Bastek swój kunszt osiągnął właśnie dzięki temu, że jako młody chłopak wsłuchał się w to, co grało mu w sercu. Mam wrażenie, że w czasie naszej współpracy obaj od siebie się czegoś nauczyliśmy, bo ja na pewno. Zawsze czułem z Sebastianem pewną bliskość, także ze względu na fakt, że tworzymy w jednym mieście i kiedyś nasze drogi po prostu musiały się przeciąć.

I tutaj pojawiają się Tychy. To teraz i twoje miasto, w którym mieszkasz i tworzysz.

Cała moja młodzieńcza świadomość tutaj się kształtowała, dorosłem w tym mieście. Tutaj wreszcie założyłem rodzinę, moją żoną jest Ola – wiolonczelistka Orkiestry AUKSO. Bo ja właściwie przyjechałem do Tychów za Orkiestrą, a stało się tak, że dzięki AUKSO ułożyłem tutaj całe swoje życie…

AUKSO jest Orkiestrą bardzo ważną dla miasta – i jak wspomniałeś także dla ciebie. Byłeś przy jej powstawaniu.

Współtworzyłem ją od pierwszego roku studiów. Zawsze inspirowała mnie osoba Maestro Marka Mosia i chciałem być właśnie blisko niego. Studiować u niego i móc współpracować z tak wybitną postacią. To była długa droga, nie wszystko się z początku udawało, ale dopiąłem swego i dostałem się do jego Orkiestry. Dla kogoś, kto wywodził się z małej miejscowości, przyjechanie na Śląsk niesamowicie otwierało możliwości, poszerzyło horyzonty, zmieniało myślenie. I ja taką drogę przeszedłem. Kiedy wspominam, w co trudno może dzisiaj uwierzyć, że do piętnastego roku życia ja nawet nie słyszałem tak dobrej orkiestry na żywo, a później szybko wszystko się potoczyło i sam w takiej grałem, to jest to niezwykłe. Tychy dały mi szansę na rozwój, stały się moim miastem, w którym się zrealizowałem.

Tychy potrzebowały AUKSO. AUKSO potrzebowało Tychów. Idealny układ…

To z pewnością zadziałało w dwie strony. Orkiestra dała miastu renomę, a miasto wzięło Orkiestrę pod swoje skrzydła, gwarantując jej byt. Od początku liczyła się jakość. Marek Moś był tą siłą, która przyciągała najlepszych. Byliśmy zapatrzeni w niego, szliśmy za nim jak w dym. Jego osobowość to sprawiła.

I z Tychów wyjechaliście w wielki świat, dosłownie.

Już wkrótce reprezentowaliśmy Polskę, jej kulturę, ale i miasto Tychy na całym globie.  Przygoda, ale i konkretna doceniana przez znawców tematu praca. Czuliśmy, że robimy coś ważnego, że się nas docenia i to nas nobilitowało. Dzisiaj, kiedy nie gram już z AUKSO na stałe, te wspomnienia wciąż do mnie wracają.

Wspomniałeś o rodzinie, którą założyłeś w Tychach. Dzisiaj, kiedy wasze dzieci są już właściwie dorosłe, koncertujecie też wspólnie. Jest w tym siła, kiedy stajecie w komplecie na scenie. Hania gra na skrzypcach, a Łukasz na trąbce.

Znów odniosę się do tej naturalności, której szukam w życiu. Bo to właśnie jest dla mnie naturalne, że jest przy mnie obecnie na scenie rodzina i wspólnie się realizujemy. Cieszymy się muzyką, razem spędzonym czasem. Muzyka jest spoiwem, które trzyma nas blisko.

Dzieci czuły presję, czy wybrały taką drogę naturalnie?

Nigdy ich nie programowałem, nie narzucałem im niczego. Oczywiście nie zawsze jestem ich najlepszym kumplem, bo jestem też wymagający, ale wszystko to – jak wspomniałem – dzieje się naturalnie. Mają talent i zależy mi, żeby go rozwinęły, więc codzienna praca jest ważna. Chociaż równie mocno cieszę się, że mają też swój charakter, że potrafią się zbuntować…

Artysta powinien się buntować, to naturalne.

Tak, zgadzam się. W życiu, poza kulturą osobistą, trzeba mieć też ten pazur, iskrzyć.

Miasto cię przyjęło, o tym rozmawialiśmy. A teraz sam jesteś twórcą kompozycji powstającej, by celebrować siedmedziesięciopięciolecie Tychów.

Tak się to potoczyło, że została ze mną nawiązana współpraca. Zastanawiałem się nad tym, jak do tego podejść, by kompozycja miała swój zamysł i sens. Pomyślałem, że trzeba oprzeć się nad tym, co w każdym mieście, nieważne czy z dłuższą, czy krótszą historią – bo Tychy akurat obiektywnie postrzegam jako miasto młode – jest najważniejsze, a więc ludzie. To ludzie tworzą historię i na ich emocjach, tych najważniejszych, starałem się bazować w komponowaniu. Tematyka filmu, który powstaje jednocześnie z muzyką, opisuje właśnie historię ludzi, ich życiorysy w kontekście tkanki miasta. To współgra i ma sens. Poszedłem tą drogą.

Sam jesteś tego przykładem. Też wrosłeś w miejską tkankę, tworzysz ją aktywnie. Miasto to w ogóle jest fascynujący twór, różnorodny. I Ty to dostrzegasz.

Dokładnie. Właśnie dzięki ludziom. To inspirujące. Moja muzyka w tym przypadku też jest różnorodna – i co dla mnie najważniejsze – oparta na brzmieniu właśnie Orkiestry AUKSO, co od początku było moim założeniem.

Postrzegasz to zadanie w kategorii wyzwań?

Też, na pewno. Komponowanie każdej muzyki jest wyzwaniem, zwłaszcza kiedy wieńczy je nagranie, bo na koncertach to można jeszcze poimprowizować, a tutaj znasz moment końca tej pracy i wiesz, że nie ma później miejsca na poprawki. Czeka nas już właściwie tylko celebracja. Wspólna, całego miasta. Tak to czuję.

A czy w codziennym życiu improwizujesz?

Improwizuję. Właściwie trzeba sobie zadać pytanie: czym jest ta improwizacja? W moim przekonaniu jest to jak mówienie prosto z serca i tak samo jest z dźwiękami – to opowiadanie pewnej historii na zadany temat po to, by zainteresować odbiorcę. Tego można się nauczyć, choć wiadomo – jeden ma większy polot, ktoś inny mniejszy, ale mechanizm improwizacji jest ten sam. Nie kalkulujesz.

Czyli muzyka, w Twoim przypadku, jest naprawdę bliska Twojemu życiu.

Oczywiście. Jestem o tym przekonany. Tak właśnie żyję. Tak gram.

rozmawiał Marcin Sitko

Foto: M. Borucka

GALERIA


Share