Czuję muzycznego bakcyla
Jedna z nich – poświęcona naszemu miastu – zostanie wykonana podczas głównych obchodów siedemdziesięciopięciolecia Tychów.
W najbliższym czasie planuje Pan premierę piosenki swojego autorstwa, która będzie opowiadała o Tychach. Czy napisał ją Pan specjalnie na jubileusz miasta?
Szczerze mówiąc, nie taka była kolejność. Najpierw chciałem zrobić piosenkę o moich tyskich bluesowych korzeniach, a dopiero później skojarzyłem to z jubileuszem. Wymieniam w tej piosence najróżniejsze istotne dla mnie tyskie miejsca, punkty, instytucje, dlatego w pewnym momencie pomyślałem, że jest to bardzo dobry materiał na tę rocznicę. A ponieważ mam być konferansjerem podczas Święta Miasta, które będzie głównym punktem obchodów jubileuszu, to być może tam piosenka zostanie wykonana publicznie.
Święto Miasta odbędzie się czerwcu, ale piosenki będziemy mogli posłuchać wcześniej?
Tak, utwór ukaże się na moim kanale YouTube już wkrótce, najpóźniej na początku maja. Kompozycja jest już gotowa, trwają nagrania w studio. Przede mną jeszcze materiał filmowy, nad którym praca trwa już równolegle.
Pana działalność jako muzyka rozwija się stosunkowo od niedawna. Przez ponad trzydzieści lat „przemawiał” Pan do publiczności bez słów, a teraz Pan komponuje i wykonuje własne utwory. Jak to się stało, że mim zmienił się w muzyka?
Nie do końca się zmienił. Ja absolutnie nie rezygnuję z pantomimy. Niedawno zrobiłem nowy program, który jest skierowany – pierwszy raz w mojej karierze – do dzieci. Pod koniec roku mieliśmy premierę w Warszawie, recenzje były dobre, więc ruszamy w trasę. A w międzyczasie mogę twórczo zajmować się muzyką. Działalność muzyczną rozwijam równolegle.
A jak do tego doszło? No cóż, to wszystko zaczęło się od pandemii covida. Wcześniej zajmowałem się muzyką amatorsko. Skończyłem kiedyś ognisko muzyczne i przez całe życie grałem na fortepianie dla przyjemności. Gdy przyszła pandemia i nagle skasowało mi cały kalendarz występów (jak wszystkim artystom scenicznym), miałem bardzo dużo wolnego czasu. I wtedy zacząłem w domu robić to, co zawsze lubiłem robić. Siadałem do klawiatury i grałem. Po tylu latach na scenie mam bardzo wielu znajomych pianistów i któregoś dnia poskarżyłem się jednemu z nich, że po dłuższym graniu bolą mnie palce. „Źle grasz – odpowiedział. – Przyjeżdżaj do mnie na lekcje”. No więc zacząłem brać lekcje. Innym razem, gdy pytałem o porady kolejnego pianistę (poznałem go jako akompaniatora Zbigniewa Zamachowskiego), zaproponował mi, żebym zapisał się na studia. Sam jest dziekanem na uczelni. Na początku wydawał mi się to szalony pomysł, bo przecież mam życie zawodowe, dzieci, wnuki. Ale po konsultacji z żoną stwierdziłem, że spróbuję. Wygrzebałem świadectwo maturalne, zaliczyłem egzaminy wstępne i zostałem studentem. Mnóstwo było z tym zabawy, bo moi koledzy z roku byli przecież młodsi od moich dzieci. Na początku myśleli, że jestem wykładowcą, potem, że to jakiś żart z ukrytą kamerą. Ale ostatecznie ukończyłem studia dzienne i otrzymałem dyplom pianisty jazzowego.
To bardzo piękna historia. Myślę, że wiele osób w wieku pięćdziesiąt plus myśli sobie, że już jest po wszystkim i że te niezrealizowane pasje już na zawsze pozostaną niezrealizowane. A Pan pokazuje, że nie musi tak być. Że można, będąc już doświadczonym, rozpocząć coś zupełnie nowego.
Tak, mnóstwo ludzi mnie o to pyta. Ten temat często się pojawia, gdy rozmawiam z widzami po koncertach. Dla mnie to też była wielka niewiadoma, nie wiedziałem, jak mi to wszystko pójdzie. Czy dam radę rozpędzić ręce na tyle, żeby grać jak zawodowy pianista? A poza samym graniem musiałem przecież zdawać wszystkie egzaminy: informatykę, pierwszą pomoc i tak dalej. Trzeba było wkuwać historię muzyki, historię jazzu, przedmioty teoretyczne. To było mnóstwo pracy. Miałem taki moment, pod koniec pierwszego roku, że chciałem zrezygnować. Covid się kończył, wróciły występy, coraz trudniej było z czasem. Jednak mój dziekan przekonał mnie, żebym podszedł do sesji. Przetrwałem najtrudniejszy moment i potem już jakoś poszło.
I jako dyplomowany muzyk założył Pan zespół: Ireneusz Krosny Trio.
Gdy już otrzymałem dyplom, pomyślałem, że coś z tym trzeba dalej zrobić. Włożyłem w to przecież tyle pracy, czasu i wysiłku. Założyłem trio, przygotowałem program Humor i muzyka. W zeszłym roku wykonaliśmy go nad Jeziorem Paprocańskim z udziałem Piotra Barona na saksofonie, który w ogóle coraz częściej z nami gra. Jednak traktuję ten program jako rozbiegówkę muzyczną, zdobycie niezbędnego doświadczenia. Chcę się trochę otrzaskać na scenie, pograć jak najwięcej na żywo. Natomiast od trzech lat pobieram lekcje wokalu, piszę piosenki i pracuję nad dużym koncertem. To już nie będzie trio, raczej ośmiu, dziesięciu muzyków. Będą też elementy multimedialne. Mam nadzieję, że premiera odbędzie się jesienią, a najpóźniej wiosną przyszłego roku. I dopiero to będzie mój rzeczywisty debiut wokalny. Bardzo jestem ciekaw, jak to zostanie przyjęte. Poczułem muzycznego bakcyla i w tej chwili niesamowicie mnie to pociąga.
Czuje się Pan jak debiutujący artysta?
Tak, mogę nawet przytoczyć zabawną anegdotkę. Na jednym z koncertów zobaczyłem na widowni mojego syna z dziewczyną. Po koncercie pytam go: „czemu nie powiedziałeś, że się wybieracie, przecież załatwiłbym wam zaproszenia”. A on mi na to: „nie, nie, młodych artystów trzeba wspierać”.
Jednak w tej drugiej – a raczej pierwszej – dziedzinie jest Pan już artystą z ogromnym dorobkiem. Od lat jednoosobowo rozbawia publiczność. Co sądzi Pan o ogromnej popularności stand-upów, z którą mamy do czynienia w ostatnim czasie?
Tu mógłbym opowiedzieć dłuższą historię. Zostałem kiedyś poproszony przez Edytę Górniak o zrobienie ruchu do piosenki To nie ja byłam Ewą. Zrobiłem więc scenkę i zagraliśmy to razem w Polsacie, na gali z okazji dwudziestolecia kariery scenicznej Edyty. Polsatowi tak się to spodobało, że dostałem zamówienie na dziesięć kolejnych scenek do nowego programu, który miał być polską premierą stand-upu. Nagrałem scenki do dwóch pierwszych odcinków, ale samego programu nie oglądałem. Byłem zajęty, więc tylko przyjeżdżałem, robiłem swoje i jechałem dalej. Po pewnym czasie zapytałem znajomych, czy oglądali i jak im się podobało. I usłyszałem, że musieli wyłączyć program przed moim występem, bo oglądali telewizję z dziećmi. Dopiero wtedy obejrzałem cały ten program. I niestety okazało się, że bezpośrednio przed moim występem była jakaś pani, której cały występ, czyli właśnie tzw. stand-up, tonął w przekleństwach, a poruszał głównie tematy typu seks i alkohol. Wiem, że w ten sposób łatwo jest wywołać śmiech, tylko czy to jeszcze jest kultura? Zadaniem kultury jest czynić człowieka lepszym, a mam wrażenie, że stand-up idzie raczej w drugą stronę. Oswaja ludzi z przekleństwem, poniżaniem, chamstwem. Mnie osobiście się to nie podoba. Kiedyś żartowaliśmy, że do kina czy teatru idziemy, żeby się odchamić, a jeśli chodzi o stand-up, to mam wrażenie, że idziemy się dochamić. I nie chodzi tu o jakiś snobizm. Ja na przykład nie mam nic przeciwko takiemu zjawisku jak disco polo. Można to krytykować, piosenki nie są może wyszukane muzycznie ani tekstowo, ale często przekazują treść o prawdziwym zakochaniu i poszukiwaniu szczęścia. To nie ściąga ludzi w dół. Natomiast jeżeli zaczynają się przekleństwa i bardzo niskie tematy, no to już schodzimy na poziom spod budki z piwem. I tam się lokuje większość stand-uperów, może poza dwoma albo trzema, którzy celują w wyższy kabaretowy poziom. W pewnym sensie takimi stand-uper’ami byli tacy soliści, jak Jerzy Kryszak, Marcin Daniec, Andrzej Poniedzielski, i wielu innych. Nie trzeba kląć, żeby rozbawiać.
A propos disco polo – nawiązał Pan współpracę ze Sławomirem.
Tak, nagraliśmy razem piosenkę i myślę, że ona się ukaże jeszcze przed wakacjami. Nazwałem ją Piosenka weselna. A napisałem ją, ponieważ zawsze dziwiło mnie, że na weselach jest grana (skądinąd piękna) piosenka zespołu Dwa plus jeden, gdzie oprócz słów już mi niosą suknię z welonem, padają również słowa: Ja go nie kocham, taka jest prawda. Dlatego już dawno myślałem nad tym, że powinna powstać bardziej pozytywna piosenka weselna. No i taką napisałem. A gdy myślałem nad tym, z kim bym chętnie ją wykonał, to przyszedł mi do głowy właśnie Sławomir. Znamy się ze sceny, współpracowaliśmy wcześniej. Kiedyś poprosił mnie o nagranie pantomimicznego teledysku. Jemu się ten pomysł spodobał, piosenka jest już nagrana i gotowa. Wkrótce premiera.
rozmawiała Sylwia Witman
Foto: archiwum Ireneusza Krosnego


