Memento dla polskiej moderny

Pierwsza wieża w kompleksie Zakładu Elektroniki Górniczej stanęła przy ulicy Karola Świerczewskiego (dziś: biskupa Juliusza Burschego) pod koniec lat 60. XX wieku.

Projekt Marka Dziekońskiego znakomicie obrazuje tezę, że istota modernizmu, jego wartość, tkwi w szczegółach. Oglądany z dystansu budynek mógł sprawiać wrażenie nieskomplikowanego, przepasanego wstęgami okien prostopadłościanu. Przy bliższych oględzinach nasycał się jednak detalem: przezierne pasy sprawiały, że lity blok otwierał się na otoczenie, a mechanizm obrotowych okien sprawiał, że pod wpływem akcji użytkowników gmach zmieniał wygląd – stawał się swego rodzaju wielkoskalową rzeźbą kinetyczną. Wizualność obiektu wzbogacały strategicznie rozmieszczone akcenty plastyczne (m.in. mozaika Franciszka Wyleżucha czy obrazy Eryka Pudełki), podkreślające wyjątkowość jego programu funkcjonalnego.

Także finałowy akord historii pierwszego budynku ZEG-u jest wiele mówiącym przykładem – tym razem na to, jak złożoną kwestią pozostaje w Polsce odbiór dziedzictwa powojennej architektury. W tym samym czasie, gdy historycy sztuki i architekci, akademicy, publicyści i artyści coraz głośniej namawiali do objęcia go konserwatorską ochroną, kolejne powstałe w latach 60. i 70. dzieła znikały z ulic naszych miast. ZEG legł w gruzach w roku 2016. Wcześniej podobny los spotkał m.in. świetny przykład polskiego brutalizmu – katowicki dworzec czy błyskotliwy inżynieryjnie Supersam w Warszawie. Później zrównano z ziemią jeszcze choćby warszawski Dom Meblowy Emilia, czy olsztyńską Halę Urania – a to dopiero początek długiej listy.

Architekt i artysta Vinicius Libardoni przyjechał do Polski z Brazylii – kraju, dla którego spuścizna modernizmu stanowi ważną część współczesnej narodowej tożsamości. Instynktownie zwracał więc uwagę na mijane na ulicach nowoczesne gmachy, dziś często będące w opłakanym stanie lub pokryte szczelnie warstwami styropianu i pastelowych tynków. Zgłębiając temat, natrafił na projekty, których na żywo nie miał już możliwości zobaczyć, bo zdążyły ustąpić miejsca wyczyszczonym działkom albo nowym placom budowy. Rozpalające wyobraźnię budynki zaczął więc na własną rękę rekonstruować – na odbijanych w betonie grafikach.

Na wystawie Libardoniego pokazywanej w Muzeum Miejskim w Tychach zobaczyć można osiem podobnych upamiętnień modernistycznych ikon. Otwiera ją obraz znaczący: portret gmachu Zakładu Elektroniki Górniczej, któremu towarzyszą materialne pozostałości po utraconym budynku – jego uratowane z gruzów fragmenty, dokumentacja, kapsuła czasu. To i inne pokazywane na wystawie betonowe płótna na wielu płaszczyznach (od metaforycznych po te całkiem namacalne) są pomnikami dla znamienitych osiągnięć powojennych budowniczych – manifestem tego, że nie powinny one z naszej kolektywnej pamięci zniknąć bez śladu.

Kuba Żary

fot. budynek Zakładu Elektroniki Górniczej w Tychach (1966–2015), proj. Marek Dziekoński, fot. 1969, ze zbiorów Muzeum Miejskiego w Tychach, w opracowaniu Viniciusa Libardoniego

GALERIA


Share