Trudne życie jest godne artysty

Wywiad z Ewą Ziętek dla tyskiego miesięcznika „Ramy Kultury” (wydanie marcowe).

Z Ewą Ziętek spotykam się w Teatrze Kwadrat przy ul. Marszałkowskiej 138 w Warszawie. W miejscu, w którym dokładnie 79 lat temu Zofia Książek-Bregułowa – aktorka, poetka, łączniczka AK – walczyła w Powstaniu Warszawskim. Historię Zofii poznajemy dzięki intymnej formie monodramu Nieostrość widzenia, na podstawie tekstu Remigiusza Grzeli w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, która splata się na scenie z retrospekcją Ewy Ziętek, dotyczącą jej własnego życia. Monodram powstał z okazji jubileuszu 50-lecia pracy scenicznej Ewy Ziętek, która debiutowała jako dziewiętnastolatka rolą Panny Młodej w słynnej ekranizacji Wesela Andrzeja Wajdy. Nieostrość widzenia stanowi więc osobistą refleksję aktorki na temat życiowych wyborów i dokonań zawodowych.

W teatrze jednego aktora poznajemy zatem dwie aktorki, dwie artystki, dwie wyjątkowe kobiety. Widzowie stopniowo odkrywają kolejne etapy życia obu, poznają ich motywacje, doświadczenia, opinie. I choć nigdy nie spotkały się osobiście, to łączy je wiele.

Pierwsze kroki stawiała Pani jako sześciolatka na scenie Teatru Śląskiego w Katowicach, w rodzinnym mieście. Tej samej scenie, z którą przez lata związana była Zofia Książek-Bregułowa. Jak dalece utożsamia się Pani z bohaterką swojego monodramu?

Kiedy zobaczyłam Panią Zofię w reportażu Podróż do zielonych cieni, zakochałam się w niej. To, kim była, jak umiłowała ten zawód i jak bardzo była zdeterminowana. Mam poczucie, że wiele nas łączy, choć może ja częściej odpuszczałam, ale trudno to rozliczać. Natomiast obiema rękami podpisałabym się pod tą postawą, pod tym widzeniem zawodu i traktowaniem drugiego człowieka, dlatego w monodramie Nieostrość widzenia mówię o determinacji jej i własnej. W 1995 roku Zbigniew Herbert, w liście do studentów opuszczających szkołę teatralną, użył takich słów: „Czeka Was życie wspaniałe, okrutne i bezlitosne. Bądźcie w każdej chwili, w każdym wypowiedzianym ze sceny słowie po stronie wartości, za pięknym rzemiosłem, przeciw tandecie, za nieustającym wysiłkiem woli i umysłu, przeciw łatwej manierze, za prawdą, przeciw obłudzie, kłamstwu i przemocy. I nie bądźcie, na litość boską, nowocześni. Bądźcie rzetelni. Hodujcie w sobie odwagę i skromność. Niech Wam towarzyszy wiara w nieosiągalną doskonałość i nie opuszcza niepokój i wieczna udręka, które mówią, że to, co osiągnęliśmy dzisiaj, to stanowczo za mało. Życzę Wam trudnego życia, tylko takie godne jest artysty. Dla Was dobre myśli, pozdrowienia i słowa nadziei… Zbigniew Herbert”. To mi się tak bardzo łączy z Panią Zofią, bo kiedy jest trudno i człowiek się nie poddaje, trwa w takim najlepszym wymiarze to, to mnie zachwyca. Na premierę zaprosiłam panią Iwonę Kucharską-Rzebko, która ma wszystkie prawa do Pani Zofii, po spektaklu pani Iwona powiedziała: „Pani Ewo, to niemożliwe, niesamowite. Jak pani stała tyłem, to te włosy, ta sukienka, ten głos, to potrząśnięcie głowy… jakbym widziała Zosię”.

Staje Pani przed publicznością w intymnej, gorącej i szczerej rozmowie o doświadczeniach, rozliczeniach i motywacjach. Na pierwszym planie Zofia Książek-Bregułowa. Co ujęło Panią w tej historii?

Pani Zofia straciła wzrok na rogu Marszałkowskiej i  Świętokrzyskiej, tu gdzie my teraz siedzimy, gdzie jest Teatr Kwadrat. Jak mówię w monodramie, że to właśnie tu było, to czasami czuję się dziwnie. Pamiętam, że na jeden ze spektakli ksiądz przyprowadził grupę młodzieży z liceum, wśród nich była dziewczyna na wózku, która po spektaklu stwierdziła: „Teraz będę walczyć tak, jak te dwie kobiety”. To największy komplement, jaki usłyszałam, bo ja je zbieram, i mam nadzieję, że Pani Zofia je słyszy. Jeżeli można tak wpłynąć na widzów, to sens aktorstwa się podwyższył. Kiedy spotkałam się z Remigiuszem Grzelą po raz pierwszy i namawiałam go, żeby napisał tekst, a on się wahał, bo miał inne propozycje, powiedziałam: „O nie, to się musi udać! Widzimy się po raz pierwszy piętnastego maja, w dniu imienin Pani Zofii, to się musi udać”. Były momenty, kiedy myślałam, że Pani Zofia sobie mnie wybrała. Wszystko przez zbiegi okoliczności, które były przedziwne. Jechałam na próbę, zamknęli teatry. Później premiera spektaklu, która była kilka razy odwoływana i kiedy ja traciłam nadzieję, to dzwonił Remigiusz Grzela i pytał: „I jak?”. Udała się po trzech latach walki.

Pani Zofia przyjechała do Warszawy, by zostać aktorką. Tam zastała ją wojna. Brała czynny udział w Powstaniu Warszawskim, podczas którego w wyniku wybuchu straciła wzrok. Ranna trafiła do niemieckiej niewoli. Po wojnie, mimo braku wzroku, rozpoczęła walkę o marzenia i powrót na scenę. W jaki sposób Pani przygotowywała się do roli aktorki z niepełnosprawnością?

Ona grała tak, jakby widziała. Kiedy pracowała w Opolu, a to był teatr objazdowy, gdzie trzy razy w tygodniu występowała w innych miejscach, to wszędzie musiała liczyć kroki na nowo. Pamiętam, że gdy zamknęłam oczy i próbowałam liczyć: trzy, cztery i pół, pięć… to musiała być tytaniczna praca. Nie mogę sobie tego wyobrazić. W monodramie gram Panią Zofię, jej męża i siebie. Wstawałam o czwartej rano i powtarzałam tekst, bo on jest zmienny, przeplata te trzy osoby. Niezwykle ważna jest wielokrotność powtarzania tekstu, bo jest dobrze napisany, szkoda go popsuć. W monodramie jest też spory fragment komediowy, więc kiedy widownia się śmieje, to czasami zastanawiam się, czy zdołam wrócić do tych dramatycznych momentów. Jak wychodzę na scenę, wszystko jest takie ulotne, niepewne, a przecież tyle razy przećwiczone. Wawrzyniec Kostrzewski tak to skonstruował, że nawet jakbym miała słabszy dzień, to ten spektakl się obroni. Na przedstawienie przychodzą różni ludzie, sala nie zawsze jest pełna, ale często ci ludzie przychodzą drugi, trzeci raz. Czasami zostają i chcą porozmawiać, a ja dzięki temu odkrywam nowy wymiar teatru.

Zadebiutowała Pani w Weselu w reżyserii Andrzeja Wajdy u boku Daniela Olbrychskiego, na pierwszym roku studiów PWST w Warszawie. Jak wspomina Pani ten okres?

To było pięćdziesiąt lat temu. To jest takie spektakularne i dużo mówię o tym w monodramie, bo jest śmieszne. Szczególnie to, jak zdawałam do szkoły teatralnej i powiedzieli mi, że w tym roku „tylko ładne”. Dużo pracowaliśmy, ale prawda jest taka, że mój rok był rokiem wspaniałym, była na nim Krystyna Janda, Joanna Szczepkowska, Gabriela Kownacka, Sławomira Łozińska, Paweł Wawrzecki, Emilian Kamiński czy Bogdan Koca, który potem był dyrektorem w Jeleniej Górze. To taki rocznik uderzeniowy. Spieraliśmy się o sztukę i wydawało się, że świat do nas należy, i najpewniej należał, bo taki przywilej młodości. Mieliśmy też wspaniałych profesorów, prawdziwe autorytety. Byliśmy do nich jakoś przywiązani, szczególnie do Aleksandra Bardiniego, który nas lubił i my na te zajęcia biegliśmy. Nie mogę uwierzyć, że to pięćdziesiąt lat temu, że niedawno mieliśmy spotkanie naszego roku.

Jubileusz pracy artystycznej świętuje Pani monodramem. Skąd decyzja o jednoosobowej formule?

Zawsze się śmiałam z kolegów, którzy proponowali monodram. Wydawało mi się, że teatr istnieje tylko we współuczestnictwie i trudno było mi sobie wyobrazić, że stoję ponad godzinę na scenie i skupiam uwagę widzów. Do momentu aż się zakochałam w Pani Zofii. Dzięki temu monodramowi zyskałam jakąś siłę i odkryłam większy sens tego zawodu. Ten zawód trzeba kochać. Czasami myślę, że ten monodram wybrał mnie, a nie ja jego. To spotkanie jeden na jeden. I tego też chyba trochę się bałam, może wcześniej nie było materiału, może nic mnie tak nie zachwyciło, jak Pani Zofia, ani nikt. Zastanawiam się, co teraz mogłoby mnie tak otworzyć jak postać Pani Zofii.

Od przeszło dwudziestu lat jest Pani związana z Teatrem Kwadrat, wcześniej ze stołecznymi teatrami: Teatrem Narodowym, gdzie zagrała Pani m.in. u Adama Hanuszkiewicza, Teatrem Rozmaitości oraz Teatrem Dramatycznym. Pani kariera nabrała tempa bardzo szybko. Jaką cenę trzeba zapłacić za realizację marzeń?

Cena czasem jest wysoka. Trudno jest być równocześnie matką, żoną i aktorką. Scena pochłania, uzależnia. Rzadko udaje się pogodzić udane życie artystyczne z udanym prywatnym i rodziną. Podziwiam te osoby, które to potrafią. Czasami trzeba wiele poświęcić, uprawiając ten zawód. To trzeba kochać.

Co determinuje Panią do wyjścia na scenę?

Ogromna potrzeba robienia tego. To wspaniałe uczucie, kiedy wywołuje się radość, albo refleksje. Trudno z tego zrezygnować.

W lutym została Pani uhonorowana medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Serdecznie gratuluję i dziękuję za rozmowę.

Z Ewą Ziętek rozmawiała Małgorzata Wawak

„Nieostrość widzenia” – monodram Ewy Ziętek, będzie można zobaczyć już 11 marca o godz. 18.00 w Teatrze Małym w Tychach podczas 15. edycji Tyskiego Festiwalu Monodramu MoTyF. Festiwal rozpocznie się 8 marca i potrwa do 12 marca.

GALERIA


Share